Ciotka Miriam mieszkała już wtedy w dużej kamienicy z dużym, czworokątnym podwórzem. Jej pokój z kuchnią wisiał nad gankiem. Było ciasno, ale dla łóżka babci, dla jej kuferka i warsztaciku dziadka znalazło się miejsce.

Zdaje się, że teraz, po tym jak ciotka Miriam zmieniła mieszkanie i po tym, jak babcia na stare lata zawędrowała do swego dziecka, nie miało już żadnego sensu, żebyśmy nadal mieszkali na ulicy Więziennej. Zwłaszcza, że mama od dłuższego już czasu nabrała niesmaku do naszego mieszkania. Zaczęła szukać nowego, suchego, ciepłego i niedrogiego. Tym razem poszukiwania trwały dłużej.

Po Świętym Janie, kiedy zaczęły się upalne dni, znowu pojawił się pod domem wóz, na który załadowaliśmy nasze skromne gospodarstwo. Pożegnaliśmy się z sąsiadami, z pięknym sadem i przenieśliśmy się na tę samą ulicę, na której zmarł dziadek Dawid Frojke.

Kiedy popatrzyłem na to nowe miejsce, do którego wstawiono naszą szafę i łóżka, zachciało mi się płakać. Ojciec, który tym razem pomagał w przeprowadzce, w pewnej chwili zagapił się. Zdawało mu się, że przez pomyłkę wszedł do obcego mieszkania i natknął się na gołą babę. Co się tu mamie spodobało? Dlaczego zmieniła sad i ogród na tę rozjechaną karczmę? Okna w niczym nie przypominały okien. Dwa gołębniki stały na dachu. Piekielny żar bił z blachy pokrywającej dach. Co z tego, że się stąd ma widok na całą ulicę Warszawską, ze wszystkimi kominami na dachach domów? Ale z dołu, z miejsca, gdzie stoją miejscowe dorożki, dolatywał zapach końskiego moczu! Może spodobało się mamie, że nasze okna były jedynymi na dachu. A może to, że na dole, na ulicy, Lejbl-Wariat przez cały dzień podpierał ścianę domu i zjadał końskie łajno? Przecież w nowym mieszkaniu nie ma nawet malowanej podłogi! Nie ma też kuchni. Całe mieszkanie składa się z jednej izby. Dużej jak dom zajezdny. Z niskim sufitem i staromodnym glinianym rozsypującym się piecem. Z dwoma komórkami umieszczonymi w ścianach. Z tych komórek uderza zapach kotów.

Być może, że mamie spodobał się kącik między piecem a ścianą, który nazywa alkierzem. Jak się chce, twierdzi, to nie jest alkierz, a cała izba. Można tu postawić dwa łóżka i komodę. Zawiesi się zasłonę i odnajmie się jako pokój sublokatorowi. Na dole, na pierwszym piętrze, powiada, mieszka naczelnik powiatu, ale schody pomalowane są na czerwono tylko do jego drzwi. Do nas trzeba było wspinać się po krętych, zakurzonych stopniach. Trzeba było przejść przez strych, na którym wisiała i straszyła bielizna. Należało ostrożnie stawiać kroki, wystawiać najpierw ręce, żeby nie natrafić na koty, które zbierały się tutaj, by użalać się nad swoją dolą.

Nawet podwórze na nowym mieszkaniu nie przypominało w niczym podwórza z ulicy Więziennej. Było ciasne, zamknięte kamienicami z gankami, które prowadziły do komórek z drzewem albo kurami. Jedyną ozdobą była tu okrągła zielona pompa.

Pomyślałem sobie, że na tym podwórku nie można opowiadać bajek lub historyjek. Tu już nie będę miał takiego koleżki jak Jankiel, syn bałaguły Jarme. O omnibusie też nie ma mowy. Gdzie więc mam się podziać?

Było mi smutno, tak smutno, że wiele razy wpadałem na ulicę Więzienną, żeby popatrzeć na sad, na ogród i na nasze okna, w których teraz stały gojskie wazony.

Bóg jednak nie opuszcza człowieka. Po pewnym czasie mama zawarła bliższą znajomość z sąsiadką, która była zupełnie inna od wszystkich dotychczasowych sąsiadek.

— To nie Żydówka — powiedziała mama — ale jakaś pani.