Pani ta nie nosiła peruki. Nie błogosławiła świec i nigdy nie przekroczyła progu bóżnicy. Mimo to mama i jeszcze kilka kobiet orzekło, że handlarka winem, pani Rejzele, jest świątobliwą, koszerną, żydowską istotą. Rejzele była niewiastą niskiego wzrostu, tęgawą, z pulchnym podbródkiem. Mówiąc, zaciągała po pańsku. Sama prowadziła sklep z winem, ciastkami i tortami. Pani Rejzele mówiła po niemiecku i umiała też pisać po francusku. W sklepie siedziała ubrana w czarny, alpagowy fartuch, zapięty od góry do dołu. W złotych okularach czytała książki w obcych językach. Co roku jeździła do ciepłych wód, skąd wracała smuklejsza. W domu trzymała gojską służącą i mimo iż sama była uczona i mogła rozmawiać z samym panem gubernatorem, to do służącej nie zwracała się per ty, tylko per pani. Zamożniejsze kobiety robiły jej z tego powodu wyrzuty:

— Rejzele — mówiły do niej — to niesłychane! Przecież pani psuje służące!

Rejzele na to odpowiadała, że Pan Bóg stworzył wszystkich ludzi równych sobie. To sami ludzie podzielili światek w taki sposób, żeby jednemu się dobrze powodziło, a drugiemu źle. Co winna jest ta siksa, że musiała zostać służącą u kogoś? A skoro już jest służącą, to dlaczego należy ją obrażać? Panie z bogatych domów uważały Rejzele za nieco stukniętą. Po cichu z niej pokpiwały. Twierdziły, że Rejzele tylko udaje szlachetną, żeby ludzie myśleli, że jest kimś. Jeśli zaś chodzi o stosunek ubogich kobiet do Rejzele, to te bardzo ją ceniły. Takiej kobiety i żony jak Rejzele, to tylko ze świecą szukać, mówiły.

Być może, że takiego człowieka jak Menachem, jej mąż, też należało ze świecą szukać. Przede wszystkim z tego powodu, że był nieprawdopodobnie wysoki. Tak wysoki, że aż się zgiął i wyrósł mu garb. Był to jedyny wysoki człowiek z garbem w naszym mieście, a być może na całym świecie.

Był to Żyd z rodu Kohanim, kapłanów, gniewny, uczony w Piśmie i maskil120. Na stare lata zmuszony był przyjąć posadę buchaltera u bogatego Żyda, który nosił czystą, zaczesaną brodę i skrzypiące buty, ale w głowie miał pustkę. Pan Menachem, wzorem żony, nie znosił błogosławieństwa nad świecami i modlitw w bóżnicy.

— Niech do bóżnicy chodzi mój pryncypał — powiadał. — To złodziej, a złodzieje boją się Boga.

Kiedy mu wyrzucano, że wyraża się źle o swoim chlebodawcy, pan Menachem marszczył twarz i tak odpowiadał:

— Czy ja go prosiłem, żeby był moim chlebodawcą? To jedno, a po drugie pan Bóg też go nie lubi. Trzech rzeczy pan Bóg nie znosi: przechrztów, świń i bogaczy.

Pan Menachem nosił twardy, czerwony, zawsze zakurzony kapelusz, kupiecki surdut z rozcięciem z tyłu oraz niepastowane sztyblety. Swego ubioru jednak nie lubił.

— Że też człowiek nie może chodzić w tym, co mu się podoba — uskarżał się.