Nie ma nic dziwnego w tym, że zawarcie znajomości z Ozerem, najmłodszym synem rebe Menachema i Rejzele, było dla mnie wielkim przeżyciem.

O Ozerze słyszałem, będąc jeszcze uczniem w chederze rebego Szyme-Josefa. Mówiono o nim, że jest tak samo zły i srogi jak jego ojciec. Że nie myje rąk przed jedzeniem i chodzi bez nakrycia głowy. Ozera uważano w mieście za nieco stukniętego, ale kiedy zawarłem z nim znajomość, przekonałem się, że wszystko, co o nim mówiono, jest wyssane z palca.

Był zupełnie innym człowiekiem. Nie był pokroju Jankiela, syna bałaguły i nie z gatunku chłopców w nowej szkole. Ozer był chłopcem chudym i, tak jak jego ojciec, miał kościstą twarz i czarne, niespokojne oczy. Nie miał tylko jego garbu.

Kiedy go poznałem, uczęszczał już do rosyjskiego gimnazjum. Nosił niebieski mundurek ze srebrnymi guzikami, który mu kiedyś uszył mój dziadek. Z czasem srebrne guziki pożółkły jak mosiądz. Mundurek stracił kolor. Z granatowego stał się zielony. Ozer się tym nie przejmował. Nie przejął się też tym, że z jego gęstej, czarnej czupryny, sypał się łupież. Nie lubił się czesać. Nie lubił też wina i ciastek ze sklepu swojej matki. Uważał, że najlepsze jedzenie, to sama bułka, świeżo wyjęta z pieca. Przynosił więc na nasze podwórko mnóstwo bułek. Rozkładał je na studni, albo na schodach, siadał przy nich i jedną po drugiej zjadał. Nie był bynajmniej żarłokiem. Głodu również nie zaznał.

— Tylko w ten sposób — mówił — łatwiej mi przychodzi myślenie i gadanie.

A gadać Ozer lubił. W letnie popołudnia, kiedy słońce wpadało na nasze podwórze, a ja wracałem ze szkoły, spotykaliśmy się obaj przy pompie albo na jednym z ganków, które prowadziły do komórek.

Ozer mówił powoli. Najpierw myślał, a potem mówił. Właściwie więcej pytał, niż opowiadał. Nigdy nie zauważyłem, żeby Ozer się śmiał albo opowiadał coś do śmiechu. Nie uznawał też bajek czy opowieści. Te wszystkie książki zawierające opowiadania to wymyślone historie.

Nie wiem, czy lubiłem Ozera. Nie zastanawiałem się nad tym. Czułem jednak, że ciągnie mnie do niego mocniej niż do Jankiela, syna Jarme. Wiele razy, czy to we śnie, czy nawet w szkole, słowa Ozera leżały mi kamieniem na sercu. Czułem, że z Ozerem jest mi ciężko, ale jeszcze ciężej odczuwam jego brak.

— Wierzysz w Boga? — zapytał mnie pewnego parnego popołudnia, kładąc rękę na moim ramieniu.

Nie wiem, czy zrobiło mi się ciężko z powodu upału, czy raczej od pytania Ozera. Dreszcze przeszły mi po grzbiecie. Co mogłem odpowiedzieć na to pytanie? Od kiedy żyję, nikt mi tego pytania nie postawił. Czy w ogóle można takie pytanie postawić? Czy wierzysz w Boga? A kto nie wierzy?