— Ostrożnie, ludu Izraela! Tu jest morze, uważaj, żebyś nie wpadł. Za chwilę ono się rozstąpi. Zobacz, oto wody cofają się jedne na prawo, drugie na lewo. Śmiało, idź, nie bój się!
Wstąpiliśmy do morza, to znaczy przeskoczyliśmy deskę do krojenia makaronu, która leżała na środku pokoju. Kiedy już byliśmy po drugiej stronie morza, cali i susi, zaczęliśmy śpiewać hymn i patrzeć, jak Egipcjanie razem ze swoimi końmi i rydwanami toną w odmętach.
Zabawa była pyszna, ale wiele razy ogarniał mnie niesamowity strach. Ozer bowiem podczas tej gry miał dołki na policzkach i żółte białka w oczach. Wyrzuciłem miotłę, ściągnąłem z siebie szmaty i nieswoim głosem wykrzyknąłem:
— Ozerze, nie wolno kpić! Będą nas na tamtym świecie palić i smażyć.
Widocznie Ozer również się przestraszył. W jednej chwili porzucił miotłę, wywrócił czapkę na prawą stronę i zmieszany, ze zsiniałymi wargami, stał na środku pokoju, ciężko dysząc.
Nie zawsze jednak przebieraliśmy się za Mojżesza i lud Izraela. Czasami Ozer udawał rabina. Naśladował jego sztywny chód, kiedy paradował po mieście z parasolem. Odstawiał też czasem pisarza gminy — Ben-Cijona, który biegał stawiając szybkie, małe kroczki. Naśladował też Mendla, syna cioci Noemi, który podczas śpiewania nadymał się, czerwieniał na twarzy i wytrzeszczał oczy. Pękałem ze śmiechu. Miałem przyjemność z tego, że Ozer nie bał się kpić z rabina, Ben-Cijona i z Mendla — śpiewaka i nawet z takiego bogacza, jakim był Ruwele Bekerman.
Najbardziej jednak podobała mi się scena, kiedy Ozer zdejmował z łóżka kołdrę i owinąwszy się nią wystawiał jedną nogę naprzód i podnosił rękę do góry. Jego rozwichrzona, czarna czupryna wyglądała wtedy, jak dopiero co kupiona, nowa miotła.
Mnie Ozer kazał stać i spokojnie patrzeć na siebie. On zaś po tym, jak szyja nabrzmiała mu krwią, zaczął twardym głosem recytować:
— Kak ninie sbirajetsja wieszczi Oleg
Otomstit nierozumnym Cazarom