I znowu wystawia nogę do przodu i potrząsnąwszy głową zaczyna z poczuciem wielkości i zuchwale:

— Skazi-ka diadia, wied nie darom.

Moskwa spalonaja pożarom.

Francuzu oddana.

Wied’ byliże schwatki bojewyje.

Da gaworiat jeszczo kakije124.

Znowu nie rozumiem. Czuję, że Ozer z kimś rozmawia, ale nie wiem, z kim. On jest Ozerem i on jest tym obcym. On pyta i on odpowiada. On się spiera i on się godzi. Dopiero potem wyjaśnia mi Ozer, że to historia o cesarzu Napoleonie, który szedł z wojskiem na Moskwę. Rosji nie można było pokonać. Z powodu mrozów armia francuska musiała się wycofać. Opowiada mi też Ozer, że Puszkin był stałym gościem na dworze carskim. Napisał bajeczkę o złotej rybce i o takiej osobie, która się brzydko nazywała, a mianowicie Mazepa, i również o takim magnackim synu imieniem Jewgienij Oniegin. A miał Puszkin wszystkiego dwadzieścia lat, kiedy został zastrzelony z pistoletu.

Ozer powiada, że kiedy dorośnie, chciałby być taki jak Puszkin. Mnie jednak Puszkin wcale nie obchodzi. Tak czy siak nie wiem, kim on był. Ozera chętnie słucham. Teraz jest mi bliski, miły. Obiecuje nauczyć mnie wszystkich tych wierszy. Przyniesie mi książkę niejakiego Tołstoja, który z hrabiego stał się prostym chłopem.

Ozer wie wszystko. Mnie zaś nie sądzone było wiedzieć. Wskutek tego, że przed nami przebiegł czarny kot, na długie lata została przerwana nasza przyjaźń.

Rozdział XXXI