Zapomniałem powiedzieć, że oprócz komórek z licznymi ganeczkami oraz zielonej pompy stała jeszcze z boku na naszym podwórzu mała kamieniczka z dwoma oknami i obdrapanymi drzwiami bez klamki.
Oba okna były ślepe, przykryte kurzem. Opowiadano, że kiedyś w tej kamieniczce mieszkał pewien Żyd — zegarmistrz. Całe życie patrzył przez lupę. I tak patrząc, co roku obdarzał żonę męskim potomkiem. Ale chłopcy niedługo sobie pożyli. Szły słuchy, że w niebie zapadł wyrok skazujący na śmierć każdą istotę narodzoną w dzień czuwania. Nie wiadomo, czy pożarł ją kot, czy matka zadusiła piersiami. Wystarczy, że pewien bogobojny, świątobliwy Żyd polecił zegarmistrzowi wyprowadzić się z tej kamieniczki, gdyż ongiś mieścił się w niej burdel. Zegarmistrz wyprowadził się. Od tego czasu kamieniczka opustoszała i straszy swoimi ślepymi, zakurzonymi oknami przypominającymi dwie wypalone plamy na czystym ciele.
Żaden goj i żaden Żyd nie chce się do niej wprowadzić. W nocy harcują w niej nietoperze. Kobiety mówią, że to dusze tamtych dzieci, które umarły, zanim zdążono je według prawa obrzezać i włączyć do żydowskiego ludu. I właśnie, kiedy myśmy tam mieszkali, przeklęta kamieniczka ożyła.
Jacyś obcy ludzie zerwali zabite na głucho drzwi. Zjawili się stolarze i murarze. Rozległ się stukot młotków i siekier, potem śpiew robotników. Ludzie z naszego podwórza zbiegli się, żeby zobaczyć śmiałka, który ryzykując życiem, chce się do kamieniczki wprowadzić. Ojciec Ozera wsunął głowę w otwarte drzwi kamieniczki, po czym oświadczył, że dobrze się stało, że ludzie się do niej wprowadzają. Sam by się do niej wprowadził na złość wszystkim prostakom i głupcom, którzy wierzą w duchy i w diabły. Robotnicy pracowali w dzień i w nocy. Całe podwórze z niecierpliwością i ciekawością czekało na nowych sąsiadów. Ludzie zadawali sobie pytanie: czy czasem nie będą to goje? Okazało się, że nie. Nową sąsiadką była wdowa Chańcza. Była to kobieta, która nie nosiła peruki. Jej czarna fryzura ukoronowana była lokiem na czole.
Ludzie z podwórza wiedzieli, kto to jest. Jej ojciec, na pół ślepy, był krawcem, łaciarzem. Reperował stare żydowskie kapoty. Matka, przygarbiona jak żebraczka pod kościołem, lubiła skupywać u chłopów okazyjnie tanie rzeczy i tak długo się targowała, aż chłop gubił rachunek. Chańcza wiele lat spędziła w Warszawie. Nikt nie wiedział, czym się tam zajmowała. Kiedy życie w Warszawie jej obrzydło, wróciła do naszego miasta. Przywiozła ze sobą duży zielony kufer na kółkach, pełen obrusów, prześcieradeł, koszul, ręczników i jedwabnych sukien.
Przywiozła też z Warszawy piętnastoletnią córkę. Mówiono o niej, że to bękart. Bękart miał ładną twarz z pełnymi wdzięku dołeczkami i dużą głowę porośniętą gęstą czupryną w granatowym kolorze. To dla Chańczy i jej córki robotnicy stukali młotkami w przeklętej kamieniczce i śpiewali piosenki podczas heblowania desek. Dla nich to układali nową, białą posadzkę, kitowali szyby i malowali drzwi. W pierwszy wieczór po ich wprowadzeniu się na podwórzu roztoczyło się jaskrawe światło z dwu gazowych lamp zapalonych w odnowionym mieszkaniu. Światło było tak silne, że ludzie musieli zawiesić prześcieradła w oknach swoich mieszkań. Przy takim świetle bowiem nikt nie mógł zasnąć.
Chańcza urządziła w tej przeklętej kamieniczce herbaciarnię. Kazała robotnikom wmurować w ścianę duży kocioł z ciężkimi, mosiężnymi kranami podobnymi do gniewnych opuszczonych głów. Wstawiła długie heblowane stoły i ławki i zaczął się ruch. Przychodzili żołnierze, furmani ze swoimi pannami i w ogóle młodzi ludzie, którzy w sobotę nie mieli gdzie palić papierosów. Z białych, brzuchatych, błyszczących dzbanów czerpali herbatę z cytryną i zakąszali maślanymi ciastkami, kawałkami strucla, które piekła sama Chańcza. Zajadano się pestkami słonecznika i śpiewano piosenki z Warszawy, Rosji, Buenos Aires i Ameryki Północnej.
Przede mną i Ozerem otworzył się nowy świat. Przestaliśmy spędzać czas przy zielonej pompie. Ozer nie pytał już mnie o to, czy wierzę w Boga i czy Mojżesz rzeczywiście istniał. Po prostu nie miał czasu na zadawanie takich pytań. Wieczorem staliśmy przed oknami herbaciarni i słuchaliśmy pieśni z dalekich krajów. Nie wiem, czy Ozerowi też wydawało się, że nie ma niczego lepszego i piękniejszego na świecie od herbaciarni Chańczy. Być może dlatego, że pospołu z pieśniami i radosną atmosferą panującą w herbaciarni, lubiliśmy patrzeć na Ruchcię, piękną córkę Chańczy.
O tym oczywiście nic nie powiedziałem Ozerowi. On również nie zwierzał się mnie. Kiedy jednak obaj staliśmy za oknami herbaciarni, bez słowa szukaliśmy oczami postaci, która tkwiła w naszej wyobraźni, jeśli tylko przymknęliśmy powieki.
— Zimno ci? — zapytał Ozer.