— Nie. Nie jest mi zimno — odpowiedziałem, drżąc i chowając głowę pod kołnierzem.
— Mnie też nie jest zimno — oświadczył Ozer, tupiąc nogami po śniegu. — Widzisz ją?
— Tak, widzę — odpowiedziałem szeptem, aczkolwiek wiele razy jej nie widziałem.
— A ja jej nie widzę — powiedział Ozer, przybliżając twarz do szyby w poszukiwaniu jakiejś szerszej szczeliny w zasłonie okna.
Pomyślałem sobie, że gdyby Bóg mi pomógł rozsunąć trochę zasłonę i zobaczyć Ruchcię w całej okazałości, byłbym najszczęśliwszym z ludzi.
Ozer ubierał swoje myśli w słowa. Powiedział, że gdyby się nie bał, to by wybił szybę i zerwał zasłonę.
— Wewnątrz siedzą złoczyńcy — powiedziałem — co by im szkodziło, gdyby okna nie były zasłonięte?
Ozer wyjaśnił mi, że tak musi być. W przeciwnym wypadku podwórze zaroiłoby się od ludzi.
— Widzisz przecież — oświadczył — że tam siedzą kawalerowie z dziewczynami. Sam widziałem, jak żołnierz obejmował dziewczynę i całował ją. Wszyscy żołnierze mają taki nawyk. Lubią całować dziewczyny.
Nie wiem, co się ze mną w owej chwili działo. Zrobiło mi się gorąco. Z tego chyba powodu wyrwało mi się: