— A ty, Ozerze, pocałowałbyś Ruchcię?
— Zwariowałeś? Myślisz, że ona to byle kto?
— Uchowaj Bóg! Wiem, kto ona jest.
— Ty jej nie znasz — oświadczył Ozer. — Ona jest zupełnie inna. To niezwykła dziewczyna.
Powiedział to z takim przekonaniem, że odniosłem wrażenie, iż zna Ruchcię od bardzo dawna. Że z nią rozmawiał, chodził z nią na spacery i być może nawet zdążył już ją pocałować.
Tego wieczoru rozstałem się z Ozerem z ciężkim sercem. Coś mnie zaczęło gnębić i nie wiedziałem, jaka jest tego przyczyna. Dlaczego Ozer nagle zadarł nosa? Czy rzeczywiście spacerował z Ruchcią? Czy faktycznie z nią rozmawiał? Jeśli to prawda, to dlaczego zataił to przede mną? A jeśli naprawdę z nią chodził na spacer, to dlaczego nadal stoi pod jej oknami i nie wchodzi do środka? Była to dla mnie zagadka. Jeszcze bardziej wydał mi się zagadkowy fakt, że pewnego dnia Ozer poprosił mnie, żebym go w sobotę zabrał do herbaciarni. W sobotę ja byłem panem. Ja decydowałem. W sobotę zobaczyłem Ruchcię w całej jej okazałości.
A stało się to tak. W sobotę, po obiedzie, ojciec posłał mnie do Chańczy po czajnik wrzątku. Ozera jego matka nie posyłała do herbaciarni. Po pierwsze dlatego, że był studencikiem, a po drugie, Chańcza miała służącą gojkę, która w sobotę piekła i gotowała. Umówiłem się przeto z Ozerem, żeby w sobotę wcześniej wrócił z gimnazjum i wtedy zabiorę go do herbaciarni. Książki i zeszyty schował pod schodami. Czapkę uczniowską wsunął do kieszeni i obaj weszliśmy do herbaciarni. On z opuszczoną głową, z rozwichrzoną czupryną. Ja w sobotniej kapocie, z czajnikiem w ręku. Ozer dumnie kiwnął głową i zatrzymał się przy drzwiach. Ja zaś z sercem bijącym jak młot skierowałem się prosto do mosiężnych kranów.
Ruchcia sama napełniła mi czajnik. Wysoka, z dołeczkami na twarzy, w białej pachnącej sobotnimi owocami i miodownikiem bluzeczce, stała pochylona nad czajnikiem w oczekiwaniu, aż napełni się wrzątkiem. Przy stołach siedzieli młodzi ludzie z dziewczynami. Wszyscy mieli twarze zarumienione. Matka Ruchci, wdowa Chańcza, też siedziała przy jakimś młodzieńcu i śmiała mu się w twarz. Ja wszakże tego wszystkiego nie widziałem. Zapatrzony byłem jedynie w granatową głowę Ruchci i jej białe ręce. Zauważyłem też, że kiedy wrzątek wlewał się do czajnika, Ruchcia kilka razy obróciła twarz ku drzwiom, przy których stał Ozer. Czy wymieniała spojrzenia z Ozerem? Czy rzeczywiście się znają? Zrobiło mi się gorąco. Jak przez mgłę zauważyłem, że żołnierzyk z krótko ostrzyżoną głową wstał od stołu i przysunął się do Ruchci. Musiał być pijany, bo chwiał się na nogach. Gdyby nie był pijany, nie odważyłby się w bezczelny sposób położyć ręki na biodrze Ruchci i pchać swoje czarne wąsiki do jej twarzy.
— Chodź — śmiał się całą gębą — moja krasawico, daj mordeczkę, ty moja prelest’125...
Czajnik z wodą trzymałem już w obu rękach. Był ciężki, jakby piaskiem wypełniony. Ale jeszcze cięższe było uczucie, które zaczęło mnie dławić. Gdybym się nie bał, to bym wylał zawartość czajnika na głowę podłego żołnierza. Gorzej przedstawiała się sprawa z Ozerem. Stał przy drzwiach. Rumieńce pokryły mu twarz. Wydawał mi się wyższy niż zwykle. Tak wyglądał, kiedy recytował wiersze. Nie wiem, jak to się stało, ale w pewnej chwili zobaczyłem Ozera stojącego tuż przy kotle. Był blady. Górna warga oblana potem.