Swołocz — krzyknął i wyciągnął ręce — swołocz! Mierzawiec126!

Rozległ się szmer przesuwanych ławek. Ktoś przeciągłym i leniwym głosem warknął pod nosem:

— Kto? Kto?

I niedźwiedzimi krokami skierował się przeciw mnie i Ozerowi. Ozera Chańcza szybko złapała z tyłu za rękę i wypchnęła za drzwi. Ja zaś w mig wyskoczyłem. Z czajnika wylewały się gorące krople wody. Nie wiedziałem, gdzie jestem i dokąd idę. Jeszcze chwila i padnę. Jeszcze chwila i poparzę się na śmierć.

Na dworze Ozera już nie było. Za mną, z tyłu, słyszałem głośny, zjadliwy, obcy śmiech. Parzył mnie bardziej niż gorący czajnik. Przez całą sobotę wstydziłem się i bałem wyjść na dwór. Dopiero po Hawdale wykradłem się niby złodziej.

Kiedym zobaczył Ozera, wydał mi się mniejszy. Ozer powiedział mi, że mało brakowało, a zadusiłby żołnierza. Zresztą ma zamiar to później uczynić. Jakim bowiem prawem pozwala sobie taki litwak, świnia objąć Ruchcię za talię? Tego wieczoru Ozer mało mówił. Raczej milczał. Rozwichrzona czupryna wydawała się nie jego. Powiedział mi, że szkoda mu Ruchci. Gdyby miał pieniądze, nie oglądałby się na nic i szybko ją poślubił. Pojechałby z nią do dalekiego kraju. Nie musiałaby podawać herbaty. On, Ozer, deklamowałby jej z pamięci wszystkie znane mu stichy127. Byłoby dobrze. Bardzo dobrze. Rozumiałem, że byłoby im dobrze, ale co ja sam bym wtedy robił? Czy mnie też byłoby dobrze? A w ogóle co znaczy, że on się ożeni z Ruchcią? Czy on już dorósł do małżeństwa? A skąd weźmie na życie? I co będzie z gimnazjum? Mnie też szkoda Ruchci. Ja też się nad nią lituję. Gdybym ja miał pieniądze, to bym z Ruchcią się nie ożenił. To przecież nie ma sensu. Oddałbym je Ruchci i niechaj się wyprowadzi z herbaciarni. Niech zamieszka na piękniejszej ulicy i niech ma picie i jedzenie do syta. Na to powiada mi Ozer, że jestem durniem do kwadratu. Bo co Ruchcia będzie sama robiła w tym mieszkaniu na pięknej ulicy?

— Co będzie robiła? Będzie piła, jadła i cieszyła się życiem.

— Tak jak stoi w Hagadzie — kpi ze mnie Ozer — nie o to chodzi. Grunt, że trzeba ją kochać.

— Kto ją ma kochać?

— Ja! — powiada Ozer, przykładając rękę do serca.