Znowu odczułem ścisk w gardle. Większy niż wtedy, kiedy żołnierz schwycił Ruchcię za talię. Czuję, że w tej chwili gotów byłbym dać w pysk Ozerowi.
— W przyszłą sobotę znowu pójdziesz po herbatę? — pyta mnie Ozer.
— Jeszcze nie wiem. Może?
— To powiedz Ruchci, że chcę się z nią zobaczyć.
— Nie pójdziesz ze mną?
— Nie. Powiedz jej, że będę na nią czekał w sobotę wieczorem na ulicy Warszawskiej, obok więzienia.
Nie żegna się ze mną. Zostaję sam na ganku. On powolnym krokiem, niczym dorosły człowiek nękany zmartwieniem i troską, schodzi na dół.
Do soboty pozostał jeszcze cały dzień. Gdybym pokusił się policzyć, ile godzin i ile minut pozostało do soboty, to bym zwariował. Tak czy owak, nie wiem, co się ze mną dzieje. Prześladuje mnie wszędzie obraz Ruchci z Ozerem. Widzę ich w otwartym Pięcioksięgu, w rosyjskiej gramatyce, na czarnej doskie. Słowem, gdzie spojrzę.
Nauczyciel Matias nadal ciągnie nas za uszy mocniej i żelazną pięścią wali po gębie. Rebe Dawid zaczął nas uczyć gramatyki. Odmieniamy czasowniki. Łamiemy sobie przy tym język. W głowie dźwięczą mi słowa Ozera:
— Powiedz jej, że będę na nią czekał przed więzieniem na ulicy Warszawskiej.