Rozdział XXXII

Następnej soboty znowu poszedłem po wrzątek. Podłoga w herbaciarni wysypana była mokrym piaskiem. Na obu stołach bieliły się świeżo wyprane obrusy. Wyglądało na to, że szykują się na przyjęcie mechutanów128.

Przy jednym stole siedział młodzieniec z dziewczyną. Rozmawiali prawie szeptem, zapatrzeni w siebie. Innych gości w herbaciarni nie było. Zza czerwonej kwiecistej kotary, zakrywającej wejście do alkowy, dochodził zdławiony, lekko przytłumiony, lecz radosny śmiech, przerywany słowami:

— Przestań! Co to? Nie możesz poczekać?

Po głosie poznałem, że to Chańcza. Ruchcia była dzisiaj blada. Kiedy nalewała mi wrzątek do czajnika, co chwila niespokojnie zerkała w stronę alkowy. Czajnik powoli napełniał się wodą. Stałem przy Ruchci jak na rozżarzonych węglach. Miałem jej przecież coś do przekazania. Ale jak to zrobić? Od czego zacząć? A może wcale nie powiedzieć? Czy jestem posłańcem Ozera? I nagle Ruchcia popatrzyła na mnie. Przymrużyła nieco oczy i skierowała wzrok w moją stronę. Odniosłem jednak wrażenie, że nie chodzi o mnie, tylko o tego, który stoi za kotarą. Poczułem ukłucie w sercu. Chciałem jej powiedzieć, że dzisiaj Ozer nie przyjdzie. Nigdy już nie przyjdzie. Ozer umarł. Ale w tej samej chwili usłyszałem głos zza kotary:

— Co ty robisz, Falku? Przestań...

Ruchcia nagle mnie zauważyła:

— Jak się nazywasz?

— Mendel.

— Czyj jesteś?