— Oczywiście — powiedziała babcia do czepka — kochać to ją kocha, ale ożenić się nie może. A idź ty do wszystkich diabłów! Kto chce, żebyś mnie kochał?

— Głupia Rachelo! To przecież tylko piosenka. Taka przypowiastka.

— Znam te twoje przypowiastki...

Wiele razy dziadek stawał przy pokrytym czarno-brązowymi plamami od żelazka stole i zaczynał przykrawać mundurek. Wtedy w izbie zalegała kompletna cisza. Wyraźnie słychać było kipienie wody w garnkach i głuchy powiew niepokoju.

Dziadek stał w rozpiętej kamizelce, z zarzuconym na ramiona centymetrem. Patrzył na płachtę, która pokrywała stół. Wyprostował materiał i kredą zaznaczył miejsca do krojenia. Jeszcze raz rozciągnął materiał, po czym zmazał poprzedni ślad kredy i na nowo wykreślił linie kroju. Mruczał przy tym coś pod nosem. Miało to w sobie coś smutnego. Powoli ciche mruczenie stawało się głośniejsze, aż biedny krawczyk, którym był mój dziadek, zaczął wzdychać:

— Oj, oj, jam biedny...

Ruch głową. Bródka w szpic. Kreda sama przesuwała się po suknie. Ciche westchnienie przeszło w głośniejszą, wyższą tonację, płaczliwszą.

— „Ani — ani”... Ojcze w Niebie... — modlitewny werset hebrajski dziadek zaczął tłumaczyć na żydowski — „ja biedny człowiek, który pada do Twoich stóp, przyszedłem modlić się za Twój naród, Izrael...”

Babcia pochyliła głowę tak, jak to często robi kura. Biały kawałek muślinu zawisł bez ruchu między jej palcami. Igła nieruchomo zawisła. Zdaje się, że kipienie wody w garnkach również przycichło. Bezwolnie pociągnęła nosem i wydobyła z serca słabiutkie kobiece westchnienie:

— Oj, Ojcze serdeczny w niebie, zmiłuj się nad Twoimi nieszczęsnymi sierotami...