Kogo babcia Rachela zaliczała do sierot, nie bardzo wiedziałem, ale kiedy dziadek zaciągnął na smutną melodię werset modlitewny „jam biedny”, babcia zaczęła snuć opowieść od środka:
— Kiedy matka miała urodzić Rywkę, zabrakło w domu wody. Wtedy ojciec, pokój jego duszy, wziął wiadro...
— Już tysiąc razy słyszałem tę historię — przerwał jej dziadek i energicznym ruchem wciął się nożyczkami w żywe sukno.
— Popatrzcie tylko, jak ten Haman nie pozwala słowa powiedzieć!
— Ile razy twoja matka rodziła Rywkę?
— Żeby ci język kołkiem stanął!
— Tra-la-la, tri-li-li... — rozśpiewał się dziadek na nową nutę.
Babcia nie mogła sobie podarować, że dziadek nie dał jej skończyć. Szukała sposobności, żeby się na nim odkuć. Szukała i znalazła. Dziadek bowiem miał pewną słabostkę. Lubił mianowicie przekomarzać się z głupim Władkiem, który u dziadka uchodził za swojaka, za niemal domownika. Zostawał nawet na noc.
Późnym wieczorem, około godziny dziesiątej, kiedy dziadek kończył już robotę, otwierały się drzwi i do mieszkania wpakowywał się Władek. Niskiego wzrostu chłop z rozwichrzoną, rudą brodą i z obwisłymi wargami.
Nogi miał obwinięte płachtami starych worków. Na sobie kurtkę pełną dziur, z których wystawała wata. Opasany był zwyczajnym sznurem. Zalatywało od niego naftą i kurzym łajnem. Na ramieniu nosił długą, ciężką torbę podobną do tych, które wiszą u boku listonoszy.