Zachowywał się zawsze cicho i łagodnie. Zdejmował torbę i kładł ją w kącie, po czym brał puste wiadra i szedł po wodę do studni przy kościele bernardynów. Przyniósłszy wodę, wylewał ją do beczki. Powtarzał to kilka razy, aż beczka wypełniła się po brzegi.

Dopiero wtedy dziadek, nie odwracając głowy od warsztaciku, pytał go:

— Już jesteś, Władku?

— Hm, hm — mruczał Władek i kiwał głową jak koń idący w zaprzęgu między dyszlami.

— A co tam słychać Władku? Dużo wody nalałeś do beczek w domach bogaczy?

Władek siadał na podłodze, w pobliżu ciepłej kuchni, zwijał nogi pod siebie jak Turek, otwierał torbę i z jej ciemnej czeluści wyciągał półokrągłe, twarde skórki chleba. Wyglądały jak podkowy.

Do chleba wyjmował z torby parę dużych kości, na których tu i ówdzie pozostawały kawałki mięsa i zaczynał je obgryzać. Czasami Władek urozmaicał swoją kolację przejrzałą cebulą, połówką jabłka lub miękkim przekwaszonym ogórkiem. Jadł powoli, tak jak żuje krowa.

Babcia znała już nawyki Władka. Wiedziała, że dopóki nie opróżni całej torby, można do niego gadać i gadać, i nic z tego nie będzie.

Czekała więc, aż torba stanie się płaska i aż Władek swobodnie odetchnie. Wtedy dopiero babcia pozwoliła sobie zapytać go:

— Napijesz się herbaty, Władku?