— Powiedziałem — odparłem ze złością.

— I co?

— Przyjdzie.

Twarz mu się zarumieniła, a oczy nabiegły krwią.

— Mendlu — zaczął skakać — zobaczysz, pójdziesz ze mną. Z nami. Weźmiemy cię ze sobą.

Mnie jednak wcale jego radość nie cieszyła. Nie była moją radością. Przeciwne, we mnie się wszystko gotowało, jak woda w czajniku. Nagle zacząłem biec po schodach w górę. Kiedy już byłem blisko naszego mieszkania, ryknąłem z całych sił w kierunku stojącego na dole Ozera:

— Ty goju, heretyku! Nie pójdę z wami. Mam was oboje gdzieś! Ciebie razem z Ruchcią!

Ozer biegł za mną i wołał:

— Mendel, Mendel! Co się z tobą dzieje?

Tak mocno go w tej chwili nienawidziłem, że nie przejąłbym się, gdyby tak nagle spadł ze schodów i złamał obie nogi.