Całe popołudnie spędziłem w łóżku. Postanowiłem nie wychodzić również wieczorem. Nie pokażę się więcej na podwórku. Noga moja więcej nie stanie na progu herbaciarni. Koniec! Koniec z Ozerem. Koniec z Ruchcią. Nie potrzebuję ich.
Po sobotnich „trzech ucztach” w naszym oknie dachowym ukazał się niebieski cień. Zdawało mi się, że to Ozer. W pokoju czuć było zapach śledzi. Mama z sąsiadką siedziały przy piecu i szeptały sobie coś do ucha. Popatrzyłem przez okno na niebo, żeby sprawdzić, czy już pokazały się gwiazdy. Patrzyłem bez szczególnego zainteresowania. Jeśli chodzi o mnie, to można było dzisiaj w ogóle nie zapalać światła. I tak nie wyjdę z łóżka. Ale po hawdale, kiedy ojciec zdjął ze stołu sobotni obrus i na goły blat położył kawałek kredy, a mama wybierała się do ciotki Miriam, nie mogłem już usiedzieć w domu. Złapałem płaszcz i podbiegłem do drzwi.
— Dokąd tak pędzisz? — pytała mama.
— Nie pędzę. Schodzę do Ozera.
— Popatrz no, jak się spieszy. Nie ucieknie ten twój Ozer.
— On czeka na dole.
— To poczeka jeszcze chwilę. Zapnij płaszcz. I nie biegnij. Słyszysz?
— A kto tu biega?
Wyszedłem z domu powolnym krokiem, ale znalazłszy się na schodach przyśpieszyłem i pobiegłem w dół z takim tupotem, że usłyszałem, jak na górze otworzyły się drzwi. Księżyc widocznie świecił dzisiaj jakby umyślnie pełnym światłem. Cały w otoczce dalekiego, zimnego błękitu wędrował nad dachami i ulicami, niczym biała żagiew. Błękit był na szybach, biel w rynsztokach i błękit na krzyżu rosyjskiej cerkwi. Wszystkie sklepy były otwarte. Żydzi jeździli dorożkami na dworzec. Posuwałem się wśród sklepów w kierunku więzienia. Zupełnie zapomniałem o moim dzisiejszym postanowieniu. Chciałem zobaczyć, czy Ozer spotka się z Ruchcią. Z daleka widzę, jak na chodniku przed rosyjską cerkwią pojawia się duża jasnoniebieska plama. Czasami przecinają ją czarne nogi. Ogródek przed więzieniem zasłania mnie. Mogę wszystko widzieć, za to nikt mnie nie może zauważyć. Toteż widzę, jak na tej dużej białej plamie ustawiła się para długich nóg. Takich długich nóg jak Ozer nikt w mieście nie ma. Stoi i rozgląda się na wszystkie strony. Kiedy wysuwam się trochę zza ogródka, dostrzegam nawet głowę Ozera. Zadarta ku niebu upodabnia go do dużego ptaka. Pierwszy raz od chwili poznania widzę, żeby trzymał w ręku laseczkę. Machając nią w powietrzu niespokojnie, robi kilka kroków w tę i we w tę, zadziera jeszcze wyżej głowę ku księżycowi. Ja też zadzieram głowę. Przecież tylko stamtąd może spaść Ruchcia. Sam Ozer nie obchodzi mnie teraz. W tej chwili nie odczuwam nawet nienawiści do niego. Kole mnie tylko w oczy jego chwacka laseczka. Ruchcia, jak widać, nie przyszła. I nic dziwnego. Bezczelny Ozer. Nie mógł znaleźć lepszego od więzienia miejsca na randkę. Upajałem się rozkoszą zemsty na Ozerze. Niech się bezczelnie nie chwali, że ma zamiar ożenić się z Ruchcią i niech nie opowiada, że po ślubie będzie jej deklamował wszystkie stichy z pamięci. Długo jednak nie rozkoszowałem się zemstą, bo oto zjawia się Ruchcia. Oto właśnie przechodzi przez ulicę Warszawską. Co ja mówię? Nie przechodzi, ale wprost przebiega. Nie widzę jej, chociaż przechodzi obok ogródka więziennego. Ozer nie stoi już na środku plamy, ale nieco z boku. Laseczką już nie wymachuje. Wydaje mi się, że im bliżej Ruchcia podchodzi do Ozera, ten się od niej oddala. Idę za plecami Ruchci. Ta zatrzymuje się na jasnoniebieskiej plamie, na której przed kilku chwilami stał Ozer. On tymczasem wszedł w ulicę Spacerową. Ruchcia też tam idzie. A tu nagle Ozer na środku ulicy odrzuca laseczkę i ze wszystkich sił zaczyna pędzić w dół do parku. Nic innego, jak tylko to, że kogoś zobaczył albo zwariował. Sam też chyba zwariowałem, bo jak wytłumaczyć fakt, że zacząłem gonić za nim i krzyczeć:
— Ozerze! Ozerze!