— Stój! Dokąd pędzisz? — krzyknęła Ruchcia i złapała mnie za kołnierz.
Ona też biegła za Ozerem. Miejsce, na którym mnie zatrzymała tonęło w ciemnościach i dlatego nie mogłem dojrzeć jej twarzy. Czułem jej gorący i gniewny oddech.
— Nie pędź! — powiedziała, ciężko oddychając. — Ten twój kolega to smarkacz. Nie musisz pędzić. Ty mnie przecież kochasz.
Nie wiedziałem, co jej na to odpowiedzieć. Zrobiło mi się gorąco w nogach. Bóg mi świadkiem, że w tej chwili też uciekłbym najchętniej.
— Chodź, przejdziemy się — oświadczyła, biorąc mnie pod rękę.
Teraz zrobiło mi się gorąco również w głowie. Szedłem obok niej i czułem, że dzisiaj do domu już nie wrócę. Czułem, że nadciąga nieszczęście.
— Dlaczego ten gówniarz uciekł? — zapytała, cedząc słowa przez zęby.
Ja też nie miałem pojęcia, dlaczego Ozer uciekł. Musiał chyba zobaczyć ojca, albo kogoś z gimnazjum.
— Czego przestraszył się ten smarkacz? — powtórzyła, nie mogąc się uspokoić, Ruchcia. Chciałem zapytać, czy Ozer rzeczywiście powiedział jej, że się z nią ożeni i razem pojadą do dalekich krajów. Pragnąłem się dowiedzieć, czy rozmawiali ze sobą. Ale nagle Ruchcia puściła moją rękę i zapytała:
— Ile ma lat ten chłopak?