— Pojedziemy do dalekiego kraju — posłużyłem się słowami Ozera — do Ameryki pojedziemy. Tam będę ci mówił z pamięci wszystkie stichy.
— Co? Co będziesz robił?
— Będę pracował. Wynajmę mieszkanie. Ty nic nie będziesz robiła. Będziesz tylko jadła i piła, i używała życia.
Ruchcia niczym kotka odsunęła się ode mnie. Powoli i leniwie. Chciałem ją przyciągnąć do siebie. Jeszcze raz pocałować, ale w jednej chwili zaszła w niej gwałtowna zmiana. Zerwała się z miejsca, a kiedy chciałem się okazać mocniejszy od niej, odepchnęła mnie i obcym, złym i gniewnym głosem jak u starej chłopki ryknęła:
— Poszoł won, ty bękarcie!
Nie mogłem tego pojąć. Zresztą do dziś dnia nie jest to dla mnie jasne. Być może sprawiło to słowo stichy. Ten przeklęty wyraz rozwiał mój sen o Ruchci. Nie pożegnała się nawet. Uciekła. Tak jak Ozer przed nią uciekł.
Na całej Spacerowej byłem teraz jedynym człowiekiem. Za moimi plecami — czarny zbór. Przede mną — więzienie, nad którym przesuwał się księżyc.
W nocy śniło mi się, że Ruchcia mnie całuje. Nad ranem mama z niepokojem przyglądała mi się i troskliwie zapytała, co mi się śniło, bo krzyczałem i przeklinałem Ozera. Przeklinałem Ozera nie tylko we śnie, ale też na jawie. Nie chciałem go więcej widzieć. O jedno mi tylko chodziło. O Ruchcię. Biegałem nieraz do zboru w nadziei, że a nuż przyjdzie. W sobotę chodziłem z czajnikiem do herbaciarni, ale Ruchcia wrzątku mi nie nalewała. Chodziła po herbaciarni z rozwichrzoną fryzurą i z obnażonymi ramionami. Przechodziła obok i nie raczyła nawet na mnie spojrzeć.
Rozdział XXXIII
Być może jej zachowanie wpływało w pewnej mierze na zmiany, jakie zaszły latem w samej herbaciarni. Tak się jakoś złożyło, że do herbaciarni Chańczy zaczęło przychodzić coraz mniej młodych kawalerów i dziewcząt. Wdowa przestała piec ciastka i coraz mniejszą uwagę przywiązywała do czystości dzbanków i szklanek, które dawniej błyszczały zachęcająco. Nie śpiewano już pieśni i na stołach nie bieliły się już czyste obrusy. Zdawało mi się, że Chańcza pogniewała się na Ruchcię. Zauważyłem, że Falek, młodzieniec ze sterczącymi, czarnymi wąsami nie romansuje już z Chańczą za kwiecistą zasłoną w alkowie. Kręci się teraz koło Ruchci. Siedzi z nią przy stole i nie odrywa od niej wzroku. Patrzy na nią jak na drogocenny brylant.