Słowem, sprawa nie była prosta. W jednej chwili przeniosłem moją nienawiść do Ozera na tego czarnowłosego Falka. Znienawidziłem go stokrotnie więcej niż Ozera. Ten przecież nie umiał nawet recytować stichow. Jakim więc prawem śmiał patrzeć tak na Ruchcię? Przecież pożera ją oczami. Z pewnością nienawidziła go również wdowa Chańcza. W mojej obecności wołała na niego: „Ty pętaku! Ty zawszony żebraku! Idź do roboty! Oby cię szlag trafił!”.

Młodzieniec śmiał się pełną gębą. Nie gniewał się, nie odwzajemniał się podobnymi epitetami. Oświadczył tylko stonowanym głosem, że jeśli nie przestanie, to z niej zrobi siekane kotlety. Na naszym podwórzu wszyscy wiedzieli, że Chańcza kłóci się z Falkiem. Krzyki i przekleństwa dochodziły do uszu wszystkich mieszkańców. Moja mama twierdziła jednakże mimo wszystko, że Falek ożeni się wkrótce z Chańczą.

I nie omyliła się. Pewnego pięknego poranka Chańcza kupiła u sofera129 Ziszy tałes zdobny w niebieską jedwabną atarę130. Sklepy na ulicy Warszawskiej zarobiły na niej sporo grosza za nabyte płótno i pościel. Na tym samym podwórzu Chańcza wynajęła pokój z kuchnią. Po ślubie nie miała zamiaru mieszkać w herbaciarni.

Kupiec meblowy, Abramek, wstawił do pokoju jesionowe łóżka i dębową szafę.

Chańcza mimo nawału pracy związanej z przygotowaniem wesela nie zapomniała o niczym. Zadbała o wszystko przed ślubem. Zamówiła u krawca ubranie, a u szewca dodatkową parę kamaszy dla swego przyszłego męża. Nie omieszkała też zamówić u Szymka kapeli klezmerów i rozesłać wszystkim żołnierzom, młodzieńcom i dziewczętom, którzy odwiedzali jej herbaciarnię, zaproszenie na wesele. I oto nagle na dwa dni przed ślubem, kiedy Chańcza zdążyła już upiec dwa torty i w balii pływały już królewskie karpie, zdarzyło się nieszczęście. Wiadomość o tym dotarła do naszego domu wczesnym rankiem. Dopiero co zdążyliśmy wstać z łóżek. Ojciec odmawiał modlitwę poranną na dworze. Na szybach leżał złoty pas nieba. Mama krążyła po pokoju w nocnym czepku i cicho wzdychała. Nie czuła się dobrze. Wstała, żeby przygotować śniadanie i znowu położyć się do łóżka. W domu panowała cisza. Nagle przerwał ją odgłos szybkich kroków na schodach. Usłyszeliśmy słowa zaspanych, szybko mówiących osób.

— Kto to może być o tej porze?

Mama właśnie podeszła do drzwi. Te się jednak same otwarły. Jakaś kobieta z chustą na głowie jednym tchem zawołała:

— Frumet, niech pani szybko zejdzie na dół. Zdarzyło się okropne nieszczęście.

Kogo trafiło to nieszczęście, kobieta nie powiedziała. Nie miała widocznie czasu. Powiedziała i szybko zbiegła na dół. Mama zaczęła biadolić. Chciała coś włożyć na siebie i nerwowo wyciągała ręce po jakieś okrycie. Do mnie i do ojca zawołała:

— Mendel, Lejzor, szybko zbiegajcie na dół, zobaczcie, co się tam stało!