Ojciec popatrzył na mamę swoimi przytępionymi oczami. Albo nie dosłyszał, albo nie rozumiał, o co mamie chodzi. Ja zaś na pół ubrany zacząłem szybko zapinać buty i wciągać szelki. A tu, jakby na złość wszystko wypadało mi z rąk. Od podwórza dochodziły nas odgłosy krzyków i płaczu. Jakby ktoś nagle umarł. Jako tako ubrany zjechałem po poręczy na dół.

Podwórko roiło się od ludzi. Ze wszystkich ganków i schodków zbiegały się kobiety i dzieci. Wszyscy mówili naraz. Wszyscy pchali się w otwarte drzwi herbaciarni. Chańcza rozdygotana i roztrzęsiona, w krótkiej, białej halce, nocnych pantoflach z pomponikami biegała od kąta do kąta.

— Ludzie! Żydzi! Zmiłujcie się. Zostawili mnie w jednej koszuli. Ten złodziej i ta kurwa ogołocili mnie ze wszystkiego. Co ja biedna teraz pocznę?

Otworzywszy nową, niedawno nabytą, a teraz pustą szafę, a potem pusty kufer zaszlochała:

— Całe moje harowanie. Trud mojego życia poszedł na marne. Oszczędzałam i nie dojadałam, a oni wszystko mi zabrali. Ach ty bękarcie! Ty podła kurwo! Jak mogłaś własnej matce to uczynić?

Ale jak mogła coś takiego przewidzieć, skoro przygotowywała się do własnego ślubu? Skąd mogło jej wpaść do głowy, że jej córeczka prowadzi romans z tym sukinsynem? Kto mógł spodziewać się takiego nieszczęścia? Tak niesprawiedliwego wyroku nieba?

Od płaczu twarz jej opuchła. Już nie miała sił krzyczeć. Usiadła nad pustym kufrem jak nad nieboszczykiem w trumnie. Jacyś ludzie pobiegli na policję. Zanim jednak policja się zjawiła, Chańcza odskoczyła od kufra i zaczęła ciskać we wszystkie strony białe dzbany od herbaty, czajniki i szklanki. Zerwała kwiecistą zasłonę do alkowy i pokazując żelazne łóżko z rozbabraną pościelą zawołała:

— Tu spała ta bękarcina!

I zerwawszy pierzynę, podarła ją na strzępy. W mig w całej herbaciarni było biało od pierza. Pióra wyfruwały przez otwarte okna na podwórze i osiadały na studni, na gankach i na ludziach. Kiedy przybyła policja, Chańcza leżała na podłodze wśród pierza, potłuczonych garnków i szklanek. Lamentowała nad nimi tak, jak nad świeżym grobem. Miała niestety nad czym lamentować. Opowiadano, że nie dosyć, że czarny Falek okradł ją i uciekł z Ruchcią, to jeszcze ją zostawił z brzuchem.

Z herbaciarni nie pozostał najmniejszy ślad. Chańcza pobiegła do naczelnika powiatu. Dotarła nawet do samego gubernatora, ale nic to nie pomogło. Falek i Ruchcia znikli jak kamfora.