Szły słuchy, że uciekli do Paryża. Moja mama dowiedziała się nawet, że Falek sprzedał Ruchcię do Buenos Aires. Chańcza nie dała jednak za wygraną. Pisała podania do Warszawy, biegała do adwokatów, aż kamieniczka na podwórzu całkiem opustoszała. Nikt już nie chciał jej wynająć. Błyszczące czystością szyby powoli pokryły się kurzem. Ktoś zerwał klamki z drzwi. Na dachu rozpanoszyły się koty. Chańcza znowu pojechała do Warszawy. Na podwórzu znowu zrobiło się pusto. Dawniej lubiłem patrzeć wieczorami w okna herbaciarni. Teraz nie miało to już sensu.
Z Ozerem nie spotykałem się. Zauważyłem tylko, że bardzo wyrósł. Zdawało mi się, że jak na swoje lata zbyt jest wysoki. Lada dzień i wyrośnie mu garb jak u jego ojca. Nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Po nieszczęśliwej historii z Chańczą zapanowała w naszym domu atmosfera przygnębienia i smutku.
W wieczory kończące soboty wspólnik ojca Motel Sztroj nie przychodził już rozliczać się z tygodniowego dochodu. Nie było z czego się rozliczać. Siano na łąkach zgniło. Nie było co kupić i nie było komu sprzedać.
Ojciec, jak zwykle, wstawał skoro świt. Nieco dłużej zajmował się chorą nogą i nieco dłużej odmawiał psalmy i przeciągał modlitwy. Zjedliśmy przypaloną zupę z żołnierskim chlebem. Na sobotę mama kupiła kawałek wołowej głowy i zamiast ryby postawiła na stół kilka śledzi. Jesień stawała się coraz cięższa, deszczowa. Małe szyby w dzień i w nocy płakały. Z dachu ciągle kapało. Wokół ust mamy zarysowały się zmarszczki. Ciągle wzdychała.
— Czym zgrzeszyłam, że na stare lata przyszło mi cierpieć na takim poddaszu. Lejzorze, jak długo będziemy tu sterczeli?
Nie mogłem zrozumieć żalu mamy. Przecież to ona wynajęła to poddasze. I co na to mógł poradzić ojciec, skoro siano w całej okolicy zgniło na polu, a Iwan zaczął ściągać prasowane siano bezpośrednio z Rosji. Zarobki w naszym domu skończyły się. Ojciec poszedł do Motla Sztroja po pożyczkę. Ten wzruszył ramionami i powiedział, że nie ma, bo skąd może mieć pieniądze, kiedy nie ma czym handlować.
Wieczorem ojciec wrócił przygnębiony. Z kurtki wystawały mu kawałki waty. Mama nie miała głowy do jej naprawiania. Nie mogła usiedzieć w domu. Zresztą nie było co gotować. Mnie ze szkoły odesłano do domu. Pewnego więc dnia mama napisała list do Łodzi, do swego bogatego brata. Pisała w nim, że jej najmłodszy chłopiec siedzi w domu, bo nie ma pieniędzy na opłacenie szkoły. W mieszkaniu panuje chłód i głód, a mąż Lejzor od wielu miesięcy nie zarabia grosza. W tej sytuacji prosi brata o okazanie litości i udzielenie pomocy.
Odpowiedź nie nadeszła. Cienie w mieszkaniu stały się większe i chłodniejsze. Po ulicach jeździły już sanie. Wesołe, radosne dzwonki zapraszały mnie do zejścia na dół na podwórze. Wstydziłem się jednak wyjść na ulicę, bo co powiem ludziom, kiedy zapytają mnie, dlaczego nie chodzę do szkoły.
Dopiero ósmego dnia święta Chanuki131 w samo południe otworzyły się drzwi i w mieszkaniu pojawił się listonosz z siwą, żydowską brodą.
— Pani Lejzorowa, dieńgi, gelt, pieniądze — zawołał po rosyjsku, po żydowsku i po polsku.