— Uzdrowiłabyś go? Babcia też, dzięki Bogu, wiedziała, co robi, nie Mendel?

Po pokoju rozchodzi się ciepłe, czerwonawe światło zapalonej lampy. Dziadek zawiesza na drzwiach swój zimowy płaszcz z dwoma guzikami na bokach. Babcia nazywa ten płaszcz „chłopskim kożuchem”. Wyraźnie go nie lubi. Dziadek jednak przesuwa rękę po żółtawej, starej owczej skórze tak, jakby głaskał główkę ukochanego wnuka i z dumą powiada:

— To nie chłopski strój, tylko żupan.

— Żupan, żupan — kpi babcia. — Jak to wygląda, żeby Żyd chciał chodzić w gojskich szatach!

Mama zachowuje się tak, jakby była obcą w domu. Wróciła z Warszawy w długim czarnym płaszczu z czarnym futrzanym kołnierzem. Długość płaszcza albo jego czerń czyni matkę wyższą, niż była przed wyjazdem.

Zdążyła już wycałować mnie z wszystkich stron. Teraz mnie obejmuje.

— Biedne moje dziecko! Tak ciężko chorowałeś!

— Ciężko, nie ciężko... — odzywa się dziadek, który już zasiada do warsztatu. — Zdejm płaszcz, rozbierz się. Czego tak stoisz?

Mama zdejmuje wełniany szal z głowy, ściąga długi czarny płaszcz i rzuca go na łóżko. Babcia bierze płaszcz i zawiesza na drzwiach, koło gojskiego żupana dziadka.

— Sprawiłaś sobie nowy płaszcz?