— Jak najlepiej, Piniek pracuje już w aptece.

— A Pola?

— Ona już ukończyła...

— A Szlemke?

— Wkrótce ma się żenić.

Zdaję sobie sprawę, że mama opowiada o swojej siostrze a mojej ciotce z Warszawy, Gitl-Hadasie, która ma obszerne, wieloizbowe mieszkanie z licznymi balkonami. Jej dzieci nazywają się nie Mendel, ale Piniek i Pola. Powinna tam być również Edzia i mały chłopczyk, który nie posiada w ogóle imienia, bo wszyscy wołają na niego Mały. Nigdy tych dzieci nie widziałem. Wiem tylko, że od czasu do czasu noszę krótkie spodenki z mosiężnymi guzikami na bokach, które pochodzą od tego właśnie Małego.

— A co porabia Mały? — zapytałem ja z kolei.

— On — uśmiechnęła się matka — nie jest już mały. Wyrósł, na psa urok. Uczęszcza do gimnazjum.

Dziadek, który siedział pochylony nad warsztatem, odwrócił się i zapytał:

— Co? Co powiadasz?