— Boryka się. Zadłużył się.

— A Sime-Lea?

— Piękna jak złoto.

— Dlaczego nie wydają jej za mąż?

— Nie trafia się okazja.

Babcia głęboko odetchnęła. W pokoju zapadła cisza. Jakby wszyscy drzemali.

Z wujkiem Abramem-Ajzykiem jest wesoło. To rodzony brat mojej mamy, cioci Miriam i bogatej cioci Gitl-Hadasy z Warszawy. Znam go dobrze. Przed rokiem, w święto Rosz Haszana18 był u nas w domu. Miał rzadką jasnoblond brodę i okulary. Na głowie ośmiokątną czapkę. Takiej nikt przed nim, a pewnie i nikt po nim nigdy nie nosił. Głos miał donośny i wymowę śpiewną. Toteż w święto Jom Kipur19 przewodził modlitwie musaf20 w naszej krawieckiej bóżniczce.

Mówiono, że śpiewał znakomicie. Że każde jego słowo zasługiwało na pochwałę. Jak to się stało, że biedak nie ma parnose, a jego córka, piękna Sime-Lea powinna już wyjść za mąż, ale syn z Londynu, który miał wysłać pieniądze na jej posag, jakoś się z tym nie spieszy?

Nic dziwnego, że w domu wujka Abrama-Ajzyka nie jest wesoło.

To wszystko opowiedziała mama przy rozpakowywaniu paczki, którą dała jej ciocia Gitl-Hadasa. Wypadły z niej: para butów ze sznurowadłami, marynarka z przydługimi rękawami, czapka z gojskim daszkiem, spodnie, kamizelka, słowem cały skarb.