Nie chciało mi się opuszczać ciepłego mieszkania, rozstawać z piosenkami dziadka i dopiero przybyłą matką.

Mama to widocznie wyczuła, bo kiedy wciągałem na siebie paletko, zawołała z łóżka:

— Niech jeszcze dzisiaj nie idzie. Tora21 mu nie ucieknie.

Innymi oczyma spojrzałem przez okno.

Było niebiesko i jasno. Dziadek widocznie zdążył już pokrzepić się łykiem okowity. Chodził teraz po pokoju raźnym krokiem, wyśpiewując swoje powszednie i świąteczne piosenki.

Babcia w czerwonym czepku nocnym, mała i pochylona jak przewrócony krzak, cicho poczłapała do kuchni, żeby rozpalić ogień i ugotować śniadanie.

Mama wstała później od wszystkich. Przy niebiesko-białym świetle wpadającym przez szyby okna twarz matki była jaśniejsza i młodsza. Zdaje się, że aż do dzisiejszego poranka nie zauważyłem, żeby mama miała taki ciepły podbródek i takie czystoniebieskie oczy.

Chodziła po pokoju w czarnej, cienkiej, jedwabnej spódnicy.

— Kupiłaś ją? — zapytała babcia obmacując spódnicę.

— Skąd ja do takich drogich rzeczy? Gitl-Hadasa mi podarowała — oświadczyła mama z goryczą nie przystającą do jej czystej, klarownej twarzy.