— Dlaczego to tak długo trwa? — zapytała babcia. — Śniadanie jest już na stole.

— Nie szkodzi — odpowiedziała mama głaszcząc perukę. — W Warszawie tak się ludzie prowadzą.

— Ale tu nie jest Warszawa.

Upłynęło jednak sporo czasu, zanim mama uporała się z toaletą i podeszła do stołu. Podchodziła zaś sztywna i napuszona jak paw.

Przy stole już wszyscy siedzieli. Mama usiadła naprzeciw mnie. Jej ciepły, mały podbródek lekko się kołysał. Dopiero teraz zauważyłem, że mama przywiozła z Warszawy dwa czarujące dołeczki na policzkach. Zrobiła sobie małe kanapeczki i powoli małymi łyczkami piła kawę. Nagle powiedziała do mnie:

— Mendelku, jak ty jesz?

— A jak ma jeść? — wtrącił się dziadek.

— W Warszawie je się inaczej.

— Daj mu już spokój z tą twoją Warszawą! Przeżyłem sześćdziesiąt dwa lata i nie miałem pojęcia, że nieładnie jem. Coś takiego! A jak się ładnie je?

— Nie je się szybko i łapczywie. Je się małymi kęsami.