— Taki piękny dzień na dworze — zawołał pochylony nad warsztatem dziadek. — Może by Mendel wyszedł na spacer? Niech się przyzwyczai do powietrza.
— Słusznie, ale jeszcze się o niego boję — wahała się mama.
— Nie ma obawy. Niech się przejdzie trochę — wtrąciła babcia — dopóki słońce świeci.
Opatulono mnie jak trzeba. Wyszedłem na ulicę. Wyglądałem jak człowiek, który wydostał się spod wody.
— Uważaj na sanki — zawołała za mną babcia. — I długo nie chodź. Słyszysz?
— Słyszę, babciu, słyszę.
Na dworze było tak jasno i cicho, że na dłuższą chwilę musiałem zamknąć oczy. Wydawało mi się, że znalazłem się w obcym mieście. Wszyscy wyglądają tu na głuchych i stawiają jakby przytłumione kroki.
Śnieg leży między żelaznymi kratami ogrodzenia kościoła, na jego gzymsach i oknach. Śnieg pośrodku ulicy jest głęboki, miękki. Oto sanki dzwoniąc przemykają z dumą po jego powierzchni. Z gimnazjum wracają uczniowie. Obrzucają się śnieżnymi kulkami. Biegają. Krzyczą.
Jakże się to miasto zmieniło od czasu, gdy zachorowałem i leżałem w łóżku. Na ulicy Lubelskiej wznoszą się wysokie zaśnieżone słupy, podparte małymi słupkami w kształcie rozstawionych nóg. Sama ulica biegnie w górę. Jest długa i wydaje się, że została poszerzona. Przed budką celną nie stoi już polski strażnik z sinym nosem.
Na ulicy Warszawskiej, tam gdzie żona Motla-Sztroj ma sklep, nie widać wystawionych przedtem słomianych koszy... Jest tam teraz biało i głucho. Na ulicy Spacerowej mój wzrok zatrzymał się na krzyżu niemieckiego zboru. Przypomniałem sobie, że tędy przechodziłem, kiedy szukałem mamy u ciotki Miriam. Teraz panuje tu cisza. Nie widać żywej duszy. Ale nagle wyrasta przede mną Żyd w wysokiej pluszowej czapce.