— Dobrze. Bardzo dobrze.

Milkniemy. Jest cicho. Idziemy razem. Naprzeciw nas idzie żołnierz z karabinem. Pilnuje więźnia.

— Jadłeś już coś? — przerywa ojciec ciszę.

— Tak. Zjadłem śniadanie.

— Czy nie jest ci zimno? Może byśmy wstąpili do garkuchni Mordechaja? Ogrzejesz się trochę.

— Nie, tato. Tu jest całkiem dobrze.

— Co tu robisz, na ulicy?

— Wyszedłem trochę na powietrze.

— No to bardzo dobrze. Odprowadzę cię.

Bierze mnie pod rękę. Nigdy dotychczas nie chodziłem tak z ojcem. Nie wiem, czy mam się wstydzić, czy cieszyć.