— Wiadomo. Dobrze wiadomo. — Babcia aż się zachłystuje słowami. Dziadek pokłada się ze śmiechu.

— Rybą, powiadasz? Pękam ze śmiechu... opowiedz, jak to było!

— Nie trzeba. Dziękuję — wtrąca się babcia — za nowinę, której on chce wysłuchać.

Władek wygląda na człowieka, który się złości. Żuje coś z zamkniętymi ustami. Moja matka nie wtrąca się do rozmowy. Siedzi przy warsztacie dziadka ze złotymi okularami na nosie i czyta książkę.

Władek siada na swoim stałym miejscu przy kuchni. Ściąga, wzdychając, buty. Rozwija onuce i z torby, w której trzyma wałówkę zaczyna wydobywać garście słomy.

W mieszkaniu jest teraz cicho. Wszyscy są czymś zajęci. Lampka, która płonie na warsztacie dziadka oświetla kącik, w którym dziadek pracuje i miejsce, w którym mama czyta książkę. Reszta izby tonie w cieniu.

Dziadek spieszy się z wykończeniem jakiejś części mundurka. Od czasu do czasu rusza ramionami, jakby ciarki przez nie przeszły. Nikt nie zwraca uwagi na to, co Władek robi w kuchni. Wszyscy wiedzą, że żuje kawałki chleba, które dostał we wszystkich odwiedzonych domach.

W istocie jednak Władek wcale tym się dziś nie zajmuje. Ułożył przy swoich nogach dużą kupę słomy. I oto zaczyna grzebać w kieszeniach. Grzebie i grzebie, aż wydobył pudełko zapałek. Przyglądam się temu i jestem pewien, że chce zapalić fajkę. Ale nie. Władek nie zapala fajki. Zapala natomiast zapałkę i przystawia ją do kupki słomy przy nogach.

Zaczyna się unosić mały dymek. Władek wyciąga nogi do dymku. Wygląda na to, że chłop chce się spalić.

Nie mogę spokojnie przyglądać się temu i głośno wołam: