Siedziała z głową nieco zadartą, niczym jakaś wielka dama. Jej piękna twarz była ściągnięta. Miękki, ciepły podbródek lekko się ruszał.
— Warszawa, widać nieźle tuczy... — wąsy ojca zadrżały w uśmiechu.
Nikt mu nie odpowiedział. Babcia szybko zaczęła wbijać igłę w biały muślin. Dziadek przeciągnął fastrygę między wargami.
Stanąłem przy ojcu i spojrzałem mu prosto w twarz.
— Już ci lepiej, Mendel?
— Tak, już jestem zdrowy.
— Kiedy pójdziesz do chederu?
— Jak Bóg da, jutro.
W mieszkaniu zawisła prawie namacalna cisza. Tato dwoma palcami lekko uderzył w stół. Mnie w gardle coś dławiło. Zrobiło mi się ciasno w ubraniu. Złote okulary na nosie mamy błyszczały ostrym blaskiem, który kłuł mnie w oczy. Cała zresztą twarz matki również błyszczała.
— Jak się masz, Lejzorze? — przerwał ciszę dziadek.