— Frumet — zawołał dziadek, odkładając robotę. — Lejzor tu jest.

— No to jest!

— Przestań czytać książkę. Przestań! — głos dziadka stał się ochrypły. — W twoim wieku już się książek nie czyta.

— Taka stara już jestem? W Warszawie starsze ode mnie kobiety książki czytają.

— Wszystko w tej Warszawie... ale ty przecież nie mieszkasz w Warszawie. Ty masz męża, dziecko...

— Ładny mi mąż! To zaprzęg, a nie mąż!

Do oczu nabiegły mi łzy. Tato siedział z zamkniętymi ustami. Palce, którymi przedtem wybijał takt na stole, były teraz martwe.

— A co ja jej złego zrobiłem? — odezwał się ojciec.

— A straszne przekleństwa, którymi obrzucił mnie w liście do Warszawy, to pies? Za co? Nie wolno mi było pojechać na zaręczyny córki? A ile to ja córek posiadam?

— No, dobrze. Wygłupił się. Ale jak długo można się gniewać?