Mama odłożyła książkę. Nie wiem, czy pokazała ojcu, gdzie leżą jej rzeczy, ale on od razu podszedł do warszawskiej paczki i wziął ją.
— Może by tak łyknąć po kropelce, Lejzorze? — dziadek odłożył robotę i podszedł do kuchennego kredensu, w którym zawsze była butelka mocnego, drogiego płynu.
Żółtawosiwe wąsy ojca stały się jakieś większe i gęstsze od uśmiechu, który rozjaśnił mu twarz.
— Lechaim23! Na zdrowie!
— Za dobre życie i pokój. Obyśmy zdrowi byli i dużo radości mieli.
Władek obudził się z drzemki. Wyjął fajkę z ust i wstał. Uśmiechnął się do buteleczki dziadka, kiwając głową i przebierając jak w tańcu nogami.
— Haim, haim, panie krawiec!
— Napijesz się, Władku?
— Hm, hm...
— No to masz! — dziadek podał mu pół szklanki wódki. — I wypij za zdrowie Magdy, która cię uderzyła rybą.