— Nie pomagaj mi, sam to zrobię.

Łóżka były od zawsze słabostką ojca. Twierdził, że łóżko to jakby żona. Jeśli obcy go dotknie, zepsuje na amen.

Mama opatulona w ciepły szal, nie miała już nic z warszawskiego wyglądu. Nalała do dzbana wrzątku i polewała nim rozmontowane łóżko.

Na podłodze leżała wilgotna słoma, która przyklejała się do nóg chodzących po mieszkaniu.

W powietrzu unosił się zapach nieświeżej pościeli oraz szmat, które walały się pod łóżkiem Józi. Spod odsuniętej komody ukazały się puste pogniecione puszki po sardynkach. O tym, jak się tam dostały, nikt z domowników nie miał pojęcia.

To tylko pozostało. Pozostało również echo biegnące od jednego do drugiego kąta i mroczna samotność, która pozostaje w każdym mieszkaniu, z którego wyprowadzają się żywi ludzie.

Na saniach rzeczy leżały w nieładzie, bez jakiegokolwiek porządku. Cztery nogi odwróconego stołu sterczały ku niebu. Czerwona pościel wtłoczona została między nogi stołu. Wiadro na pomyje razem z czarnymi nadtłuczonymi garnkami leżały w otwartej szufladzie komody.

Sanie trzeszczały pod tym ładunkiem.

Po jednej stronie szedł ojciec ze ściennym zegarem w rękach. Niósł go tak jak, nie przymierzając, nosi się zwój Tory dookoła bimy27 w Święto Radości Tory28. Z drugiej strony sań szła mama taszcząc lampę stojącą, która w starym mieszkaniu zapalana była tylko w święta.

Ja siedziałem na saniach z tyłu, z twarzą zwróconą do ulicy. Ręce miałem zajęte trzymaniem lichtarzy. U moich nóg leżało stare żelazko do prasowania, które dziadek podarował nam z okazji mego wyzdrowienia.