I w taki sposób dotarliśmy do nowego mieszkania. Ze stojących w jednym równym rzędzie drewnianych domów wystawał jeden mały murowany żółty domek kryty blaszanym dachem. Spoglądał z niego na nas biały, bielszy nad śnieg, kot. Wąsy mu drgały, gdy wyciągnął ku nam łebek. Z wielkiego widać zdumienia nagle zaczął ziewać.

Sanie z rzeczami musiały pozostać na ulicy. Brama okazała się za wąska. Podwórko jeszcze węższe. Studni nie było widać. Zalatywało wieprzowiną i starymi, wilgotnymi szmatami, które wisiały na drewnianym ganku.

Pod tym właśnie gankiem znajdowało się nasze nowe mieszkanie. Było mniejsze od poprzedniego. Kuchnia pomalowana była na niebiesko. Tynk na ścianach kruszył się. Sufit był jakoś dziwnie wykrzywiony. Samo mieszkanie miało kształt kwadratu. Dwa okna wychodziły na wąskie podwórko. Jasno w nim nie było. Podłoga za to pomalowana była na czerwono. Chyba z jej powodu mama wybrała to mieszkanie.

— W Warszawie — powiedziała — podłogi są pomalowane na czerwono.

Tato lekko się zachmurzył i patrząc na ściany, powiedział:

— Jakoś tu ciemno.

— Przecież jest zima — usprawiedliwiała się mama. — Latem, jak Bóg da, będzie jaśniej.

Mamie podobało się nowe mieszkanie. Było przestronne i czyste. Bez plam na ścianach. Mokra słoma nie walała się na podłodze. Nie będzie tu myszy. Tu już Mojsze nie umrze. Nie będzie też Józi, która nie przestaje mi się śnić.

Z zewnątrz zagląda do mieszkania szary, dymiący wieczór. Ktoś biega po ganku. Od tego biegania drga nasz sufit.

W mieszkaniu jest teraz ciepło i jasno. Mama zapaliła dużą lampę, tę od święta.