Ojciec przestawia szafę. Otworzył przy tym usta. Pokazuje swoje białe, piękne zęby i trochę postękuje. Ja przyświecam mu małą lampką naftową i za każdym ruchem, kiedy tata postękuje, wtóruję mu westchnieniem. Jest zupełnie inaczej niż w starym mieszkaniu. Pod kuchnią bucha ogień. Stare wyszczerbione garnki stoją na fajerkach. Kipi już i gotuje się. Tak jak u babci w kuchni. Twarz mamy z jednej strony jest czerwona. Rękawy bluzki zawinięte aż po łokcie. Wyglądają jak obwarzanki.
Co chwila pokazuje się na progu pokoju i spokojnym, troskliwym głosem przypomina:
— Lejzorze, może byś się umył? Jedzenie nie może długo czekać.
Ale ojciec jeszcze nadal męczy się z szafą. Montuje właśnie górną jej część. Podparł ją ramieniem pochylając nieco głowę w bok. Stoi mocno na nogach. Nagle opuszcza ramię, nachyla się i górna część wchodzi lekko w szyny dolnej części szafy.
W kuchni mama szykuje już stół. Z miseczek kaszy bucha gorąca biała para. Na stole leży chleb pytlowy. Mama kroi duże pajdy, z których tato wykraja małe kromki. Moczy je w soli i dopiero wtedy bierze do ust.
Kilka much zostawia chleb i siada na brzegach miseczek z kaszą.
Ojciec co chwila odkłada łyżkę. Badawczym wzrokiem śledzi poczynania much. Chce ustalić, gdzie mają zamiar usiąść. Mama odgania je łyżką, potem ręką i popędza przy tym ojca:
— Jedz już. Jedzenie wystygnie.
Ja wiem, dlaczego go popędza.
Nie było w naszym domu większego zmartwienia jak wtedy, gdy ojciec znalazł muchę w swoim jedzeniu. Jedzenie mogło być nadzwyczajne, mogło się nawet składać z łebków kur, ale ojciec nie tknął go już. Wolał być głodny.