Tym razem jednak muchy zmęczyły się. Jedną matka zabiła ręcznikiem. Pozostałe przylepiły się do sufitu i stamtąd spoglądały do misek, z których jedliśmy i na chleb, który znikał powoli ze stołu.
W nowym mieszkaniu zgodnie z zarządzeniem mamy spożywano posiłki w kuchni. Tylko w sobotę i święto jedliśmy w pokoju. Pokój mama sprzątała sama. Stół stał pośrodku, a nie przy oknie, jak to było w starym mieszkaniu. Na stole zawsze leżał kolorowy obrus z wyhaftowanymi szkatułkami, bezgłowymi ptakami i dzikimi kwiatami.
Nad komodą, obok zielonego lustra mama zawieszała fotografie swoich synów i jedynej córki, Cypele, która niedawno się zaręczyła.
Na komodzie leżała gruba bawełniana, ręcznie wyszydełkowana serweta obramowana frędzelkami. Stał tam też klosz ze szlifowanego szkła w kształcie łódki. Można było w nim przechowywać guziki z masy perłowej, szpilki, naparstki. Leżał w nim żabot ubierany przez mamę od przyjazdu z Warszawy tylko w sobotę i święta.
Nic jednak tak nie zdobiło komody, jak pocztówki z życzeniami, które mama otrzymała od swoich synów przebywających na obczyźnie. Obie pocztówki błyszczały w pokoju złotem i srebrem. Obie miały okrągłe ramki ze złotymi literami: „Herzliche Glückwunsche zum neuen Jahre!”. I przy obu tych ramkach stały tak, jak strażnicy przy wejściu do raju, dwa małe gołębie trzymające w dzióbkach koperty.
Ojciec nie miał pojęcia o tej nowej ozdobie. W starym mieszkaniu nigdy tych pocztówek z życzeniami nie widział. Kiedy się teraz pojawiły na komodzie, oglądał je najpierw z pewnego dystansu, wycierając przy tym pot z czoła. Potem podszedł bliżej i tak, jakby to była delikatna rzecz ze szkła, wziął pocztówki w swoje duże, zmarznięte ręce.
— Co to ma być?
— Pocztówki z życzeniami — wyjaśniła mama.
— Pocztówki? Od kogo?
— Od Jojny i od Abramka.