Broda ojca oparła się o klapy marynarki. Jedną ręką włożył okulary, drugą postawił pocztówki na komodzie. Już więcej nie patrzył na nie. Drzemiącymi oczyma szukał czegoś po bokach lustra, gdzie wisiały fotografie dzieci matki.
Tata widocznie szukał fotografii swego syna, Lejbke, który odbywał służbę wojskową w Jekatierynosławiu. Znalazł ją, ale trochę dalej od lustra. Wisiała w sąsiedztwie jakiejś kobiecej postaci, której nikt z domowników nie znał.
Tato nie miał pretensji o to, że jego Lejbke wisi gdzieś na uboczu. Potem jednak, kiedy siedzieliśmy przy kolacji patrzył na mnie swoimi niebieskimi oczami i powiedział:
— Nic nie pisze ten Lejbke.
Nikt nie zareagował na to. Tato powoli ukroił małe kromki chleba, wsadził łyżkę do miski i znowu się odezwał:
— Wśród gojów... Jekatierynosław... tam nie otrzymują takich pocztówek.
W nowym mieszkaniu życie płynęło tym samym rytmem co w starym. Codziennie rano przychodził ten sam chłop i przez szybę wołał:
— Panie kupiec! Panie kupiec!
Przed wyjściem z domu ojciec zostawiał pod serwetą na komodzie pieniądze na wydatki. Mama targowała się, twierdząc, że za te pieniądze domu nie wyżywi. Mimo to wszystkie posiłki przygotowane były na czas. W mieszkaniu było czysto i ciepło.
A jednak przy tym wszystkim unosił się w nowym mieszkaniu smutek. Może dlatego, że było zbyt czyste i zbyt uprzątnięte. Może dlatego, że nad oknami zwisał drewniany ganek, który nie dopuszczał światła słońca. A może po prostu było to smutne mieszkanie.