Pierwszą osobą, która odczuwała ten nastrój była mama. Była jak ta jaskółka, która przy pierwszym deszczyku czuje, że lato już mija. Stała się niespokojna. Z każdym dniem zaczęła mniej uwagi przywiązywać do czystości i porządku w domu. Zdarzało jej się zapominać o przygotowaniu posiłków na czas.

Nie można było jednak mieć do niej o to pretensji. Bo jak inaczej mogła postępować? W pobliżu nie było sąsiadów. Ja zaś cały dzień przebywałem w chederze. Ojciec jeździł po wsiach, żeby skupować siano.

Nic więc dziwnego, że zostawiała dom na łaskę losu i wpadała do ciotki Miriam, a czasem spędzała długie godziny u babci Ruchli. Garnki na płycie kuchennej znowu zaczęły świecić pustym wnętrzem.

Dopiero kiedy ojciec wrócił, mama zaczynała szykować kolację. Głodny tato wpadał w złość. Bywało, że i przekleństwo wymykało mu się z ust, a czasami kładł się spać bez kolacji. Stąd też nie dziw, że w domu zapanował smutek. Wielki smutek.

I oto pewnego dnia, zimą, nagle otwarły się drzwi i do mieszkania wpakował się wysoki młodzian z uniesioną głową. Na ramionach miał składane łóżko żelazne, a w ręku tobołek z pościelą.

— Gdzie mam postawić? — mruknął surowym głosem.

— Tu za przeproszeniem — powiedziała mama i wskazała na miejsce między kredensem z zastawą kuchenną i beczką z wodą.

Młodzieniec postawił łóżko i tobołek na wskazanym miejscu, odsapnął i wyszedł. Po kilku chwilach znowu otwarły się drzwi i młodzian wjechał niebieskim kufrem na kółkach. Kufer obity był żelaznymi obręczami, zamknięty na dwa zamki.

— A gdzie jest Hudl? — zapytała mama.

— Już idzie — odpowiedział młodzieniec.