Nie mylił się. Hudl rzeczywiście się pokazała. Nie szła normalnym krokiem, ale jakimś tanecznym. Okrąglutka, pulchniutka. Z progu zawołała:
— Dobry wieczór, Frumet!
— Dobry wieczór! Dobry wieczór! Dlaczego tak późno?
— Na co się spóźniłam?
Hudl, ubrana w brązową szubę z wytartym kołnierzem, ciekawie rozejrzała się po naszej kuchni. Postawiwszy przy drzwiach męski parasol, głęboko odetchnęła.
— No, masz pojęcie? Szmat drogi...
— Czy to tak daleko?
— Daleko — odpowiedziała Hudl, zdejmując z głowy wełniany szal. Po chwili odwróciła twarz w stronę młodego człowieka i zapytała:
— Ile ci się należy?
— Dwa złote, ciociu — odpowiedział młodzieniec, ścierając pot z czoła.