— Dziękuję. No, na umie już czas, muszę zmykać. Trzymaj się!

— Cześć, wuju. Ucałowanie rączek dla cioci.

Gdy Otocki podjechał na Smolną do „Sygnałów”, okazało się, że partyjne zebranie jeszcze się nie skończyło. Jola Otocka, wywołana na korytarz, oświadcza, iż postara się przyjechać na drugą część koncertu, na razie jako członek egzekutywy65, nie mo­że zebrania opuścić, ponieważ trwa dyskusja w sprawie usunięcia z Partii jednej z redaktorek, oskarżonej o rozpowszechnianie poglądów syjonistycznych i antypatriotycznych. Wprawdzie usunięcie owej pracowniczki zostało już zadecydowane przez Komitet Miejski, lecz dyrektywie tej towarzyszyło zalecenie, aby w dys­kusji nad tym punktem porządku dziennego wzięła udział możliwie największa ilość członków POP-u66, stąd przedłużanie się dyskusji. Otocki krótko referuje żonie przebieg rozmowy z Raszewskim i już przy wyjściu, jakby mimochodem, pyta Jolę, czy nie obiła się jej o uszy taka głupia plotka o zmianie nazwy Teatru Stołeczne­go. Otocka śmieje się. Teatr KaKa? Oczywiście! Wszyscy to za­bawne powiedzonko znają.

— Zabawne? — mówi Otocki z akcentem goryczy. — Tobie się to wydaje zabawne?

— Bardzo! — odpowiada Otocka. — A biorąc pod uwagę twój silny, męski charakter, nawet prawdziwe.

Na to Otocki:

— Ach tak? Tak sądzisz?

— Owszem, tak sądzę. Uważasz, że się mylę?

Ta nieprzyjemna rozmowa rozwiewa ostatecznie wahania Otockiego. Dyrektor Teatru Stołecznego, głęboko dotknięty w miłoś­ci własnej, postanawia zadziałać i to natychmiast. Skoro więc przybędzie do Filharmonii na kwadrans przed rozpoczęciem kon­certu i w rozległym hallu na dole, już pełnym ludzi, dostrzeże Eryka Wanerta, natychmiast do niego podejdzie.

— Cześć, stary! Mam dla ciebie dobre wiadomości, w ponie­działek możesz zaczynać próby Makbeta. Raszewski bardzo życz­liwie się ustosunkował do twojej koncepcji, właśnie od niego wracam.