głośno

To jak ona się urodziła, ja miałam minus sześćdziesiąt lat!

A ponieważ dopiero teraz zauważa, że jakaś starsza kobieta (Celina Raszewska) stoi, aby ją i Łukasza przepuścić, mówi szyb­ko, pobrzękując swymi łańcuchami i ujmująco się uśmiechając:

Przepraszam panią bardzo — — — — —

Celina Raszewska, dopiero gdy się podniosła, zauważa profil Adama Nagórskiego, akurat pochylonego ku matce. I jak zawsze, gdy go widzi z daleka w miejscach publicznych lub na ulicy, ogarnia­ją ją dawne wspomnienia: pogrzeb Elżbiety i wciąż w niej jeszcze żywe trzy dni spędzone po pogrzebie w towarzystwie młodego Adama, lecz patrząc na tę oddaloną o kilka rzędów siwiejącą głowę, nie może znaleźć żadnego powiązania pomiędzy nią i ksz­tałtem szczupłego wysokiego chłopca, z którym w tamtych zamie­rzchłych czasach, wśród czystej przejrzystości tatrzańskiej wiosny (w istocie tylko jeden dzień był słoneczny, ten ostatni, dwóm pierwszym, przy chwilowych tylko rozjaśnieniach, towarzy­szyło niebo pochmurne, drobne deszcze i mżawki zacierające za­rysy gór) odbywała długie spacery pod regle i w głąb pustych o tej porze dolinek i ten obcy, prawie znienawidzony człowiek, stawał się coraz bliższy, gdy szedł obok i mimo swych dwudzies­tu pięciu lat sprawiał wrażenie prawie jej rówieśnika, tak mło­do wyglądał, szybkie i trochę nerwowe kroki uważnie dostosowu­jąc do jej drobnych i niepewnych, bo wychowanych w mieście i tylko z miejską ulicą oswojonych — gdy usiadła, lu­dzie przed nią przysłonili sylwetkę Nagórskiego, przez moment, wciąż wśród wspomnień i jakby z podobnego oddalenia słysząc od­głosy strojonych instrumentów, zastanawia się, czy w czasie przerwy nie podejść do Nagórskiego, lecz prawie równocześnie myśli, że to by nie miało żadnego sensu, nic, a w najlepszym ra­zie prawdopodobnie nic nie mieliby sobie do powiedzenia, szczególnie on, z pewnością niechętnie, a może nawet wrogo usposobio­ny do jej męża, i w tej chwili, gdy nagle strojone instrumenty milkną, a potem rozlegają się oklaski, bo w głębi estrady ukazu­je się sylwetka Andrzeja Markowskiego, Celina słyszy krótki, gwałtowny dzwonek, biegnie drzwi otworzyć i nie dalej niż o krok, w cieniu ciasnej i mrocznej klatki schodowej stoi młody Stefan, spod nasuniętego głęboko na czoło kaszkietu ledwo wi­dać jego twarz i dopiero, gdy wsuwa się do środka i drzwi za so­bą zamyka, w pożółkłym poblasku słabej żarówki oświetlającej przedpokój, dostrzega, jak Stefan jest przemoczony i blady, chwilę stoi bez ruchu, ciężko oddychając, z jego płaszcza spły­wa na podłogę woda, wreszcie mówi: „gonią mnie” i w tym momencie Celina Raszewska, poprzez przyśpieszone bicie serca, a dłoń wspartą o poręcz fotela podniósłszy do czoła, aby przed siedzącą obok jasnowłosą dziewczyną, pobrzękującą cichutko łańcuszka­mi, osłonić oczy nagle wypełnione łzami, słyszy pierwsze takty Mozartowskiego allegra — — — — —

Halina Ferens Czaplicka sama w pokoju dla artystów, nawet Aimo Immonen, świadomy wszystkich faz przedkoncertowego rytuału, na parę minut przed rozpoczęciem symfonii, wymknął się dyskretnie i prawie równocześnie z wejściem dyrygenta zajął swoje miej­sce w pierwszym rzędzie na balkonie, Halina zawsze wymagała, aby słuchał jej śpiewu z odległości nie nazbyt bliskiej, a rów­nież mógł jej sylwetkę oglądać z perspektywy, całą i na tle orkiestry.

Jest zatem sama. Siedzi nieco sztywno, wyprostowana i na krawędzi fotela, aby nie pognieść sukni, z której jej drobna kibić wyłania się jak z czarno-srebrnego kielicha rozszerzone­go lekko u dołu. Na stole leży tom Utworów Zebranych Krzysztofa Czaplickiego. Ten tom, wydany na cienkim, biblijnym papierze, liczy ponad tysiąc stron, a ukazał się przed paroma zaledwie miesiącami, profesor Kazimierz Wnuk, który wiele lat poświęcił odszukiwaniu i gromadzeniu rozproszonych po ludziach utworów młodego poety, wstąpił po południu do hotelu Europejskiego, aby osobiście ofiarować książkę słynnej śpiewaczce, lecz skoro mu zakomunikowano w recepcji, że pani Ferens nikogo nie przyj­muje, zostawił tom, skreśliwszy na pierwszej stronie kilka słów dedykacji: „Wielkiej śpiewaczce — siostrze wielkiego poety”. Halina, wzruszona podarunkiem, kazała Aimowi wziąć ze sobą ksią­żkę i oto ma ją teraz przed sobą. Nieliczne, ocalone z wojen­nych zniszczeń fotografie brata widziała parę dni temu u matki, gdy nazajutrz po przyjeździe odwiedziła ją w skromnym mieszka­niu na Mariensztacie, była jednak wówczas pod tak silnym wraże­niem starości i osamotnienia matki, którą pożegnała była przed trzydziestu laty, iż mało co z tych zdjęć zapamiętała. Teraz poruszyły ją dwa szczególnie: na jednym Krzysztof, nie więcej niż sześcioletni, na tle jesiennych lub przedwiosennych, bo je­szcze albo już bezlistnych krzaków stał na dużym płaskim głazie, w krótkim ciemnym płaszczyku, w skarpetkach, więc z gołymi kola­nami i w wysokim ułańskim czaku, obie dziecięce dłonie wspierając o rękojeść szabli sięgającej mu do ramienia; zdjęcie drugie pocho­dziło z lat nieco późniejszych, lecz i na nim utrwalony Krzysz­tof z włosami przyciętymi na chłopaka, w szkolnym fartuchu z bia­łym, pikowanym kołnierzykiem może tylko pięknem poważnie zamyś­lonych i już trochę smutnych oczu kojarzy się Halinie z przym­glonym wspomnieniem drobnego i delikatnego maturzysty z wczes­nej wiosny roku 1939 — — — — — wie, że ma przed sobą co najmniej pół godziny, lecz przez cały ten czas ani razu nie spojrzy na ze­garek, również nie śledzi symfonii rozwijającej się gdzieś w od­ległej głębi uciszonego gmachu, wie, że w momencie odpowiednim uśmiechnięty pogodnie Andrzej Markowski stanie we drzwiach gar­deroby, a wówczas ona się podniesie, czując w piersiach skupio­ną lekkość, a w gardle rozluzowane ciepło, które całe jej ciało nasyci świadomością, że gdy znalazłszy się za chwilę na estra­dzie odrzuci w pewnym momencie głowę do tyłu, a potem ją wypros­tuje — wtedy na lekkie skinienie dyrygenta i wraz z akompania­mentem orkiestry jej pierwsze „Lasciate mi morire...” wypełni skargą i cierpieniem, aby potem się wznosiło, trwało i opadało, i znów się wznosiło, wciąż jak strumień światła wibrującego w ciemnościach rozdzielając owe mroki miłosnym lamentem błagają­cym o śmierć. Lecz na razie, gdy siedzi na krawędzi szczupłego fotela i trzyma w dłoniach niedużą książeczkę oprawioną w zielo­ny safian (jest to prezent Aima, który w rocznicę ich związku własnoręcznie swoim okrągłym, trochę szkolnym pismem wypisał w kilku językach teksty arii oraz pieśni stanowiących repertuar śpiewaczki), nie zdążył się do niej jeszcze przybliżyć ów nieu­nikniony moment, gdy po koncercie Aimo, przez pierwszą godzinę wciąż opiekuńczy i czuły, wiernie w ten sposób dopełniając os­tatnich obrządków szczególnego nabożeństwa, potem zacznie się od niej oddalać, coraz bardziej niespokojny i nieuważny, aż wre­szcie zniknie jej z oczu i na długie godziny gdzieś się zagubi wśród spraw nigdy do końca niewyjaśnionych, a wiadomych tylko jemu. Smutek oraz żal, które na razie Halinę wypełniają, są nie­określone, wzbierają w niej w swych czystych kształtach, wsłu­chuje się przecież w tę nienazwaną boleść bardzo czujnie, pra­wie z takim samym żarliwym skupieniem, z jakim niegdyś przed wieloma laty, będąc małą dziewczynką i na wakacjach, lubiła kłaść się na ziemi i ucho do ziemi przykładać, aby uchwycić od­głosy tajemniczych drżeń i westchnień podziemnych, słyszy już w sobie lament, zanotowany przed kilkoma wiekami przez włos­kiego kompozytora, lecz jeszcze nie wie, co ten tren ma wyra­zić; jej życie własne, czy może raczej skargę młodziutkiego chłopca czuwającego w noc sierpniową i nie o dziecięcą szablę wspierającego delikatne dłonie, lecz o męski automat?

Z powodu wyjazdu do Wrocławia na jedną z rozlicznych w tym jubileuszowym roku sesji naukowych profesor Wnuk nie był na wtor­kowym recitalu Haliny Ferens-Czaplickiej, a ponieważ z wiadomych przyczyn nie mógł się popołudniu zobaczyć ze śpiewaczką osobiś­cie — teraz, na koncercie, ma ją ujrzeć i usłyszeć po raz pierw­szy. Jest do pewnego stopnia oswojony z jej twarzą, dzięki foto­grafiom, jakie mu na jego prośbę pokazywała pani Czaplicka, fo­tografiom nadsyłanym w różnych latach i z różnych miast i krajów, również nie jest mu obce szczególnie wzruszające piękno zadzi­wiającego mezzosopranu Haliny Ferens, ma bowiem kilka jej płyt, wśród nich Pieśni Wędrowca Mahlera, Schuberta Die Winterreise oraz arie Bacha i Haendla, wie jednak, że zarówno podobizny (zwłaszcza artystki), jak nagrania, nie mogą zastąpić kontaktu bezpo­średniego, prawie zawsze w stosunku do autentyku ofiarowując wię­cej lub mniej. Zatem w oczekiwaniu na występ siostry Krzysztofa Czaplickiego nieuważnie i bez satysfakcji słuchał Mozarta, nieco zmęczony dniem wypełnionym rozlicznymi obowiązkami, niechętny tłokowi, jaki panował na sali, od czasu do czasu pocierał wska­zującym palcem lewej dłoni koniuszek nosa, co zawsze było u nie­go oznaką niejakiego zamącenia równowagi. W pewnym momencie, gdy fotel, który zajmował w dziesiątym rzędzie, wydał mu się szcze­gólnie ciasny i twardy, poruszył się w nim w poszukiwaniu pozycji dogodniejszej tak ciężko i gwałtownie, iż spowodował głośne pod sobą skrzypnięcie, sapnął więc z irytacji, a siedząca przed nim kobieta potrząsnęła głową i ramionami gestem zniecierpliwienia, na szczęście akurat w tym momencie ostatnia część symfonii dobie­gła końca, zabrzmiały oklaski, mógł zatem, już się nie krępując, wygodniej się usadowić, lecz w trakcie tych czynności przypomnia­ła mu się nieudana wizyta w „Europejskim”, „nieznośne musi być babsko!” — pomyślał i znów krótko czmychnął przez nos, ten nastrój irytacji trwał w nim jeszcze przez całą przerwę, a nawet się na­silił, gdy na uciszonej sali rozległy się nagle oklaski, zrazu pojedyncze, jakby przypadkowymi wiązankami wyrzucone z różnych stron parteru i balkonów, natychmiast się jednak poczęły łączyć i kiedy Halina Ferenc-Czaplicka, nieomal dziewczęco drobna i krucha w swojej ogromnej sukni podpłynęła w niej lekko, jak na czarno-srebrnym korabiu, na skraj estrady i wyprostowawszy się głowę odrzuciła na moment do tyłu — entuzjastyczne brawa wypełni­ły salę, natomiast profesor Wnuk poczuł gwałtowne szarpnięcie serca i wzruszenie ścisnęło mu krtań, ponieważ poprzez ten gest znakomitej śpiewaczki ujrzał twarz Krzysztofa — — — —

Do prototypu (w sensie bardzo zawężonym) profesora Kazimie­rza Wnuka, który akurat dzisiaj obchodzi uroczyście w Krakowie jubileusz sześćdziesięciolecia, wysłałem przed paroma dniami krótki list z życzeniami:

Drogi Kazimierzu,