Adam Nagórski wraca na salę z Pawłem Jackowskim, jeszcze w przejściu zamienia kilka słów z profesorem Wnukiem, na swoje miej­sce wraca tuż przed rozpoczęciem drugiej części koncertu, a ponie­waż wciąż jest pod wrażeniem niedawnej rozmowy, nie zauważa obrazy malującej się na twarzy matki, czym z kolei starsza pani czuje się dotknięta, chcąc zatem natychmiast syna ukarać, otwiera z ostentacyjnym hałasem torebkę i odszukuje w niej miętowego cukierka, aby wyłuskiwaniem go z szeleszczącego papierka zirytować uczulone­go na podobne manipulacje Adama, jednak te jej zabiegi giną wśród braw witających ponowne ukazanie się na estradzie Haliny Ferens-Czaplickiej.

Podobnie jak w części pierwszej, Nagórskiemu nadal słucha się źle, w ostatnich czasach odwykł od koncertów publicznych, lecz teraz, kiedy Halina zaczęła śpiewać czwartą Pieśń wędrowca, ową skargę miłosną: „Błękitne oczy mojej najdroższej, które wys­łały mnie w daleki świat” (Die zwei blauen Augen von meinem Schatz, / Die haben mich in die weite Welt geschickt) — więc, gdy głos Haliny w sposób szczególnie przejmujący wzniósł się w samot­nym szepcie ponad przyciszony akompaniament orkiestry, wyniknęło w nim wspomnienie Nike, prawie bezosobowe, bo bezkształtne i bez­głośne, niezwiązane z jakąkolwiek sytuacją, musiał się przez moment skupić, aby wśród minionych dni i nocy, głosem Haliny jak smugą światła w ciemnościach prowadzony, wyszukać cielesnej formy dla tej zjawy, szukał jej po omacku, wciąż przy miłosnej skardze Haliny-wędrowca, potykając się o niewykończone, zbyt słabo lub tylko fragmentarycznie wywołane strzępy, cień uśmiechu, cień ra­mion, cień przymkniętych powiek, cień szeptu, cień oddechu, echo zanikające, aż wreszcie, gdy skuszony ciekawością sprawdzenia mechanizmów własnej pamięci, zdołał uśmierzyć ów chaos, Nike uka­zała mu się taka, jaką był zapamiętał, kiedy się przed paru tygodniami, w drugi dzień Wielkanocy, rozstawali w Kazimierzu, w gniewie, który obojgu wybuchł gwałtownie i brutalnie, lecz na­rastał powoli, żywiąc się nimi, jak ukryty pasożyt, więc ujrzał naraz maskę zniekształconą złością i nienawiścią (gdy z końcem ubiegłego roku Nike zniknęła na kilka tygodni, napisał fragment prozy, który później ukrył głęboko w biurku:

„Mówi Orfeusz: więc stojąc przed murem, który nie istnieje dla świata, ponieważ mnie przydzielony, we mnie tylko i bez trzech sprawdzalnych wymiarów istnieje, stojąc zatem przed murem nie­rzeczywistym, lecz dla mnie jak najbardziej prawdziwym, stojąc, a raczej klęcząc, aby przydać obrzędowego charakteru tej mojej skar­dze, skardze mego trenu dla Eurydyki, klęcząc zatem liturgicznie u podnóża mego muru, ściany mego życia, wiem, że kiedy poprzedzo­ne powolnym stygnięciem powietrza spełzną z niej, z tej ściany me­go życia, ostatnie poblaski zachodzącego słońca — przyjdą Furie, zwane za czasów mego dzieciństwa Bachantkami lub Menadami, przyj­dą i rozszarpią mnie. Nie wiem dokładnie, kiedy to się stanie, za sekundę, godzinę, miesiąc czy rok. Czas, jaki mi pozostał, nie zależy ode mnie. Korzystam z niego, lecz nad nim nie panuję. Wiem tyle tylko, że w pewnym, niewiadomym momencie, gdy poprzedzo­ne powolnym stygnięciem powietrza ostatnie poblaski zachodzącego słońca spełzną z muru, u którego niewidzialnego podnóża klęczę, aby przydać obrzędowego charakteru tej mojej skardze, skardze mego trenu dla Eurydyki, przyjdą Furie i rozszarpią mnie. To się sta­nie gdziekolwiek, może wśród głuchych drzew nadwiślańskiego parku, może w zaułku ciemnej, staromiejskiej uliczki, może dla odmiany w oślepiających reflektorach obcego krajobrazu, a najpewniej w scenerii bardzo zwykłej, więc po prostu w moim pokoju, teraz pus­tym, niegdyś pełnym Eurydyki. Również obojętne, w jakich kształ­tach Furie się wyłonią, gdy chłód i mrok nastaną, mogą na przy­kład spaść bezszelestnie z nieba w kombinezonach komandosów al­bo otoczyć mnie nagle półnagimi ciałami chłopców trackich, pijanych winem i dmących w podwójne piszczałki, może to być również specjalny pluton mimów w cielistych trykotach, z twarzami biały­mi jak gipsowe maski, obojętne czas i miejsce egzekucji, obo­jętny kształt Furii, wiem bowiem, że jakikolwiek czas mi pozos­tał, nigdy nie zdałam wypowiedzieć rzeczy najważniejszej, mojej miłości do ciebie, Eurydyko!”) — pomyślał: te gusła, te czary już się skończyły i nigdy nie powrócą, już mnie nie ranią i nie nie­pokoją, już nie jestem chory, lecz chyba i zdrowy jeszcze nie jestem — — — — —

Ta diagnoza, a również i pewne intencje profilaktyczne spra­wiają, że gdy po dwóch bisach (Bacha Komm süsser Tod oraz Haendla Begrüssung) i po wielokrotnych wywoływaniach Halina Ferens-Czaplicka, przytrzymując oburącz naręcze ciemno pąsowych róż, odpłynęła wreszcie za kulisy w swym srebrno-czarnym korabiu, Adam Nagórski zwraca się do matki:

— Możemy sobie chyba darować Ravela, nie sądzisz mamo?

— Jak sobie życzysz — odpowiada starsza pani chłodno i wy­niośle.

Lecz i ten akcent nie zostaje przez egocentrycznie w tej chwili usposobionego syna zauważony, także jak woda po kamieniu spływa z niego odmowa, gdy już po opuszczeniu sali na propozy­cję odwiedzenia Haliny starsza pani odpowiada krótko, lecz sta­nowczo: „Wolałabym nie”. Dopiero w aucie, ciężko sobie torującemu drogę poprzez ślizgawicę i zamieć, gdy na pytanie, jak się Hali­na podobała, starsza pani po chwili zamysłu odpowiada, iż według jej rozeznania klaka była bardzo dobrze zorganizowana, zna­komity syn leciutko się uśmiecha, ponieważ jest przekonany, że dzięki koncertowej scenerii i atmosferze ocknęła się w matce daw­na aktorka, a to go tak rozbawia i wzrusza, iż więcej się nie od­zywa, nie chcąc matce przeszkadzać w snuciu pradawnych wspomnień. W tym przekonaniu utwierdza go lekkie drżenie matczynej głowy, lecz sfera wspomnień, nawet cudzych, wydaje mu się nazbyt ryzy­kowna, aby skupić na nich uwagę, zatem pośpiesznie się z tych po­dejrzanych kręgów wyłącza i cały się skupia na prowadzeniu auta.

— No, to i jesteśmy! — stwierdza z ulgą, gdy zatrzymuje simkę na Krakowskim Przedmieściu, przy tym w synowskiej rycerskoś­ci posuwa się tak daleko, iż szybko wysiada i przechodzi na chod­nik, aby otworzyć drzwiczki i dopomóc matce przy wyjściu.

— Odprowadzę cię — mówi, wyjmując z palta kluczyki od samo­chodu.

— Dziękuję ci — odpowiada na to starsza pani — ale nie fa­tyguj się, jeszcze, chwała Bogu, potrafię wejść na schody o włas­nych siłach.