I chcąc upokorzyć egocentrycznego syna wspaniałomyślnością, dodaje:
— Złóż Halinie ode mnie podziękowanie za piękny wieczór.
Nagórski, zadowolony, że nie musi towarzyszyć matce na drugie piętro, nie chwyta wieloznacznych akcentów, jakimi matka, chyba naprawdę odnajdując pomoc w swoich prehistorycznych kunsztach aktorskich, wyeksponowała słowo: „piękny”.
— Na pewno to zrobię, mamo — mówi — zresztą jutro, na ślubie Konrada, będziesz miała okazję zrobić to osobiście.
Starsza pani już wyczerpała swój zasób wspaniałomyślności.
— Będzie jej na pewno milej, jeżeli to uczynisz ty — odpowiada ozięble i drobnymi, lecz zadziwiająco lekkimi kroczkami, jakby ją unosiła parasolka rozpostarta dla ochrony przed śniegiem i wiatrem, zmierza ku bramie swego domu.
Niestety, nie udaje się jej, jak to sobie zamyśliła, wkroczyć do mieszkania niepostrzeżenie. Nawet nie zdążyła przekręcić klucza w zamku, gdy Gienia, najpewniej dzięki nieczystemu sumieniu przyczajona w korytarzu, natychmiast drzwi na roścież otworzyła. Drzwi do obu pokojów i do kuchni były otwarte, lecz poblask światła docierał tylko z pokoju Gieni. Niemniej starszej pani się wydaje, że na czerstwej i z chłopska zażywnej twarzy Gieni, sprawiającej zawsze, dzięki gładko przyczesanym, siwym włosom, wrażenie jeszcze większej, niż w istocie jest, więc że na jej twarzy, a szczególnie w wyblakłych i nieco nazbyt wypukłych oczach maluje się wyraźne zmieszanie:
— Coś ty taka czerwona? — pyta.
Równocześnie wciąga powietrze nosem.
— Gaz chyba czuć, pewnie się w łazience ulatnia.