I nie dając Gieni dojść do słowa, wchodzi do swego pokoju i woła:
— Co tu tak ciemno, jak w grobie?
Energicznie zapala górne światło i chociaż Gienia natychmiast za nią przydreptała i stanęła w progu, udaje się jej, gdy zamierza zaświecić również i lampę przy zaścielonym na noc tapczanie, dotknąć przed tym dyskretnie żarówki: okazuje się zimna.
— Wiesz, że nie znoszę ciemności — mówi — i nigdy ciemności nie lubiłam, od czasu, kiedy podczas powstania przesiedziałam całą dobę w zasypanej piwnicy, wstręt mam do ciemności. Były jakieś telefony?
— Żadnych, proszę pani, kto by w taką pogodę dzwonił? Ale niechże pani futro zdejmie, i boty, bo się pani przegrzeje.
Lecz starszą panią roznosi potrzeba działania.
— Moja Gieniu, co też ty opowiadasz? Przecież tu ziąb, jak w lodówce.
I biegnie sprawdzić kaloryfer: jest bardzo gorący.
— Oczywiście! — stwierdza zapominając, że przed chwilą wytropiła zapach gazu. — Musiałaś wietrzyć przez cały czas. Dziewczyno, dziewczyno, kiedy ty wreszcie wydoroślejesz? Kobieta niby dojrzała, a wciąż się zachowuje jak dziecko.
— Napije się pani herbaty? — pyta Gienia.