Na to starsza pani:

— O tej godzinie? Chcesz, żebym całą noc nie spała? Albo dob­rze, niech ci będzie, napiję się, bo mnie jednak trochę trzęsie.

I chcąc swoje zziębnięcie podkreślić, w futrze i w botach, pocąc się z przegrzania, podąża za Gienią do kuchni i gdy towa­rzyszka jej życia napełnia czajnik wodą, sprawdza imbryczek z ese­ncją, stwierdzając z pewnym zawodem, że pod jej nieobecność nie zmienił swojej zawartości.

— Tylko zaparz świeżą — mówi, kiedy Gienia, nieuleczalnie in­fantylna, zapala gaz i ustawia na czajniku imbryk — wiesz, że nie znoszę takich popłuczyn — — — — —

Pożegnawszy matkę, Adam Nagórski ma zamiar wrócić do Filhar­monii, lecz po drodze rozmyśla się i parkuje samochód przed hote­lem Europejskim, gdzie o dwudziestej drugiej trzydzieści ma się odbyć bankiet, wydany dla Haliny przez Związek Kompozytorów Pols­kich. Ponieważ na razie nie ma jeszcze dziesiątej, Nagórski, ro­zebrawszy się szatni, przechodzi do baru w rozległym hotelowym hallu, zamawia tzw. harcerzyka, czyli podwójną wódkę z sokiem grapefruitowym, przez moment, gdy barmanka przygotowuje trunek, prześlizguje się w nim, a trochę jakby poza nim wspomnienie jesie­nnego popołudnia, kiedy umówiony z Nike czekał na nią w tym samym barze, aż wreszcie po godzinie, nie doczekawszy się, wyszedł i już na ulicy ujrzał Nike akurat wysiadającą z czerwonego volvo, to wspomnienie dosłownie się w nim, a trochę jakby poza nim prze­ślizguje, i jak nagle się pojawiało, nagle się urywa i znika — — — — — zaledwie znalazł miejsce w głębi hallu przy jednym z wolnych sto­łów, dostrzega, że nieopodal, prawie wpół leżąc w głębokim fote­lu siedzi Henryk Orlik, który chociaż sprawiał wrażenie drzemią­cego, musiał go już przedtem dojrzeć, bo skoro ich spojrzenia spot­kały się na moment, Nagórski nie zdążył się odwrócić, gdy tamten natychmiast się poderwał i trochę się chwiejąc, złożył w jego kie­runku głęboki ukłon, po czym, już wyraźnie się zataczając i wep­chnąwszy po drodze do kieszeni spodni obie dłonie, jakby mu zawa­dzały w zachowaniu równowagi, podszedł do Nagórskiego. Oczy miał zmętniałe, białą koszulę pod wizytowym ubraniem rozpiętą przy szyi, krawat zsunięty na bok.

— Uszanowanie mistrzowi — powiedział głosem schrypniętym, lecz nadspodziewanie trzeźwym — mogę się na chwilę do mistrza przysiąść?

Nagórski:

— Niestety, jestem umówiony.

Wówczas Orlik:

— Rozumiem, to ja postoję, nawet wypada, żeby prosty szere­gowiec stał przed generałem, bo ja wobec pana, mistrzu, jestem zwykły ciura i choć, ja wiem, pan mnie nie lubi i gardzi, ja pa­na, niech tu trupem padnę i skonam, jeżeli to nie jest najszczer­sza prawda, ja pana czczę jak rodzonego ojca, przyznaję, pisałem o panu źle, podle o panu pisałem, ale przysięgam, to nie było z serca, bo moje serce kocha pana — tu się zachwiał, jakby z nadmia­ru wzruszenia, oczy mu zaszły łzami, a gdy oślepłymi dłońmi domacał się fotela, opadł na niego ciężko i odgarniając z czoła zlepione potem włosy, pochylił się ku Nagórskiemu — szesnaście lat miałem, mistrzu, kiedy się biłem w Powstaniu, na Starówce walczy­łem, kanałami szedłem do Śródmieścia, taki byłem chłopak!, potem mnie zeszmaciły te skurwysyny, szmatę ze mnie zrobili, ścierkę do brudnych robót, ale nikt Heńka Orlika nie zapyta, przez jakie piekło przeszedł, pan patrzy na wszystko z wysoka, bo pan może sobie pozwolić, pan jest wielki pan, wielki pisarz, a co ja? bu­tów nawet czyścić panu nie jestem godzien, bo jestem szmata! jes­tem, kurwa jego mać! ale człowiek też jestem — głowa mu na piersi opadła, więc ją objął oburącz, szeroko rozstawionymi łokciami wsparłszy się o krawędź stołu, chwilę trwał nieruchomo w tej pozycji, niewyraźnie coś mamrocząc, aż nagle ciężko i głośno się rozpłakał — taki skurwysyn, taki skurwysyn — mamrotał, łkając i pochlipując przez nos — jak mnie skurwysyn potrzebował, to kumplem byłem, ty mi mówił, Heniek, Heniuś, a teraz: nie mam czasu, za­dzwońcie... skurwysyn taki!