— Zwariowałeś? Cudów nie ma! Grażyna może mieć różne wady, ja też nie jestem doskonałością, ale jedno jest pewne, jej można zaufać.

Dopiero za trzecim razem udaje mu się uzyskać połączenie, jest jednak tak podniecony, że skoro przy pomocy nieskoordy­nowanych i przeraźliwie głośno wykrzyczanych informacji zdołał się wreszcie połączyć z oddziałem położniczym, głos (ten sam, którym od wielu lat uwodził i czarował z ekranu) mu się załamał, jak gdyby w tym doniosłym momencie męskiej dojrzałości zwagaro­wał w okres chłopięcej mutacji. Zatem rozpaczliwymi gestami wol­nej dłoni począł na pomoc przywoływać Wnuka, który z właściwą so­bie dyskrecją w sprawach intymnych stanął bezpiecznie przy oknie.

— Andrzej! — krzyknął wreszcie Zaremba wysokim dyszkantem, przysłaniając słuchawkę dłonią. — Nic nie rozumiem, co ta idiot­ka mówi, chodź!

Więc Andrzej Wnuk ujął sprawę w swoje precyzyjne, reżyser­skie dłonie.

— Hallo! siostra dyżurna? dobry wieczór siostrze, tu mówi Andrzej Wnuk z Teatru Popularnego... tak, ten sam... dziękuję siostrze, bardzo mi miło... na oddziale siostry leży, o ile się nie mylę, pani Grażyna Zarembina, żona... właśnie... tak... tak... rozumiem... oczywiście, powtórzę i dziękuję... to świet­nie... a kogo prosić?... siostrę... siostrę Dobrowolską, tak, oczywiście, wszystko dokładnie powtórzę... dziękuję... proszę przekazać pani Zarembinie najlepsze pozdrowienia od męża i rów­nież ode mnie...

Podczas rozmowy Zaremba krąży wokół Wnuka na palcach, jak­by tańczył.

— I co?

— Na razie nic.

— Jak to nic?

— Jeszcze nie urodziła.