Beata po tej rozmowie trochę markotnieje i przygasa. Czuje się zawiedziona. Była prawie pewna, że Monika jak nakłuty balo­nik pęknie z wielkim hukiem. I nie pękła. W pewnym momencie by­ła bliska załamania, szybko się przecież pozbierała. „Twarda krowa” — myśli Beata. I gdy to stwierdza, ogarniają ją wątpli­wości, czy jednak nie przesadziła, odsłaniając swoje karty tak wcześnie i wbrew umowie z Otockim. Och, Beatko, Beatko! — mówi do siebie rozczesując przed lustrem długie, jasne włosy — mu­sisz się jeszcze bardzo, bardzo wiele nauczyć... głupia dupa jesteś, Beata, nędzna cipa — mówi na głos, wysuwając dolną war­gę do przodu i gdy przygląda się swemu odbiciu w lustrze, przy­chodzi jej na myśl, że w podobny sposób powinna w pewnych momen­tach dolną wargę wysuwać do przodu Lady Makbet, a równocześ­nie, wciąż w siebie czujnie wpatrzona, obserwuje z zaintereso­waniem, jak jej okrągłe dziewczęco-naiwne oczy tracą nagle ciep­ły, miodowy blask, zwężają się i stają się zimne, prawie przeź­roczyste, jak krucha warstewka lodu — widzisz, co narozrabia­łaś? Twarda krowa na pewno się nie podda potulnie, już w tej chwili zmieniła się prawdopodobnie w lwicę i ryczy, i pazury wy­suwa, uważaj, Beatko, ona ma plecy, a ty co masz? Kto się o cie­bie upomni, kiedy lwica ryknie i dla świętego spokoju ciebie rzucą na pożarcie? Beatko, Beatko, może być z tobą niedobrze...

Więc, żeby zapobiec ewentualnym komplikacjom, Beata dzwoni do Teatru Stołecznego. Otocki dopiero co przyszedł i chyba po wiadomej rannej rozmowie telefonicznej powinien być w znakomi­tym humorze.

OTOCKI

Jak się masz, Beatko! Co dobrego?

BEATA

Niestety, panie dyrektorze, nic dobrego. Jestem zroz­paczona, stała się rzecz okropna, naprawdę okropna.

OTOCKI

Okropna? Beatko! Pokłóciłaś się z Łukaszem?

BEATA

Och, nie! Łukasz, panie dyrektorze, jest bardzo miły i zabawny, kiedy się gniewa, ale dzisiaj nie miał czasu się kłó­cić, bo się spieszył do telewizji.