— Brawo! — zawoła Raszewski. — Widzę, że młodsi adepci fi­lozofii zaczynają rozumować prawidłowo. Więc co z tą, jak powie­działeś? Kampto...

— Kamptokormia. Czytałem niedawno w jednym ze specjalistycz­nych pism angielskich, że wśród młodych rekrutów amerykańskich, powołanych do wojska i przed wysłaniem do Wietnamu szkolonych w bazie lotniczej w Lackland, w Teksasie, zanotowano w ostatnich miesiącach kilkanaście wypadków szczególnego schorzenia. Dotknię­ci nim skarżą się na potworne bóle kręgosłupa, nie mogą się wy­prostować i poruszają się jak małpy, o tak!

Wciąż z kieliszkiem zegnie się i z wzrokiem wbitym w lustrza­ną posadzkę, kołysząc opuszczonymi wzdłuż ciała rękoma, a również trochę podekscytowany wizją młodych, półnagich żołnierzy, zade­monstruje, jak chodzą owi amerykańscy rekruci. Niewykluczone, że i rysy twarzy się mu wykrzywią, jakby naprawdę straszliwie cierpiał.

— Przestań! — wykrzyknie Monika. — To okropne. Biedni chłopcy.

Raszewski:

— Nie dziwiłbym się, gdyby symulowali.

— Ba! — na to Ksawery, już w pozycji normalnej. — To byłoby proste. Ale oni wcale nie symulują. Wszystkie możliwe testy i zastrzyki na prawdomówność wykluczają symulację.

— Więc są chorzy?

— Zależy, co się przez chorobę rozumie. Kręgosłupy mają zu­pełnie normalne, tyle tylko, że się nie mogą wyprostować i napra­wdę cierpią.

Chyba w eks-sypialni Księcia Prymasa zalegnie cisza, więc bardzo wyraźnie dotrze „Sto lat”, zaintonowane chóralnie fałszy­wymi głosami kilku mężczyzn w którejś z odległych sal.