Oh, ce sont les enfants de la paroisse qui preparent la haut leur chant de la Résurrection...65

*

Na Wielkanoc zachciało mi się być nad morzem, gdzieś na Błękitnym Brzegu66 — nie wiem zresztą dlaczego, gdyż dzień ten świąteczny mogłem również dobrze spędzić gdziekolwiek indziej — miałem więc jeszcze przed sobą dni Wielkiego Tygodnia, które zużyłem przeważnie na wędrówkę po okolicy, częścią małymi kolejkami lokalnymi, do Saint-Louis-du-Rhóne, do Les Saintes Maries, do Aigues-Mortes, a więcej jeszcze wedle swego zwyczaju piechotą.

Tak zawlokłem się pewnego dnia do Montmajour67, aby obejrzeć cudowne ruiny opactwa, co w VI wieku pono założone, kilkakrotnie w ciągu stuleci odnawiane było i rozszerzane, aż przy ostatniej przebudowie wytrącił murarzom kielnię z ręki wybuch Wielkiej Rewolucji. Mnichów wygnano, mury opustoszałe zaczęły padać w gruz, pękło i runęło kościelne sklepienie, rozsypał się ogromny gmach klasztorny i stoją teraz na szczycie wzgórza oliwkami porosłego zwaliska potężne, jak miasto, gdzie oko czyta w złomach style dwunastu wieków, kolejno ręką ludzką pracowitą w głazie pisane. Mur jeno obronny stoi jeszcze nienaruszony, olbrzymimi skarpami podparty i wieża nad nim czworogranna, ciężka, małymi strzelnicami jak gdyby spod powiek przymknionych na równinę u stóp swoich patrząca. W świetnym niegdyś dziedzińcu i przed kościołem, światłu gwiazd otwartym, stado owiec się rozłożyło, wypłoszone ostrym wiatrem ze skąpego pastwiska między oliwkami na zboczu wapiennym.

Nie chciało mi się pod wieczór wracać do Arles, przenocowałem więc u pasterza, by o świcie dnia następnego puścić się dalej w stronę Les Baux...

Ranek był jasny, ale chłodny i wietrzny. Co chwilę szeregi cyprysów przydrożnych pochylały się gwałtownie pod krótkimi uderzeniami wiatru, a wtedy słońce ponad ich głowy schylone padało mi w oczy, złote, jak gdyby subtelnym jakimś pyłem różowym przydymione.

Około stacyjki Paradou-les-Baux przeciąłem tor kolejowy i opuściwszy szeroką prowansalską równinę, na której Montmajour stało jak wyspa, zacząłem się wspinać na stoki poczynającego się tu właśnie pasma wapiennych wzgórz zwanych Alpiny.

Szeregi cyprysów stały zrazu przy drodze, pól uprawnych pilnując, wkrótce jednak krajobraz zdziczał i gdyby nie oliwki, z rzadka między głazami rozsiane, można by sądzić, że się idzie przez jakąś opuszczoną i nieznającą pracowitej ręki ludzkiej okolicę. Droga wiła się coraz wyżej i coraz częściej napotykałem skałki wapienne, które mi wkrótce zasłoniły całkowicie widok na opuszczony kraj równinny. Szedłem tak z górą pół godziny. Po lewej ręce miałem wądół szeroki, czarny nietracącymi liści drzewami oliwnymi, na prawo i przede mną wszędzie dookoła pagórki obłe, ponad gajami jeszcze pożółkłą z zimy trawą jaśniejsze i spiętrzone u szczytów fantastycznymi turniczkami, w które się rozpadł na wietrze sterczący spod cienkiej powłoki ziemi calec68 wapienny.

Opierając się całą siłą coraz mocniej bijącemu na mnie w przerwach wiatrowi, błądziłem okiem po tych wzgórzach, smutnych niewypowiedzianie i tak dziwnie podobnych upiorną białością skały do sterczących piszczeli umarłego kraju... Zwłaszcza jedno wzgórze, tuż na prawo ode mnie, uwagę moją zajęło. Wyższe nieco od innych, odznaczało się osobliwie fantastycznymi kształtami swoich skał u szczytu. Wyglądało to tak, jakby mury jakieś obronne, na wpół zwalone baszty i domy — zdawało mi się nawet, że widzę coś podobnego do bramy — wyobraźnia snadź rysowała mi już okna na tych niby zwaliskach.

Podszedłem bliżej i stanąłem nagle, tknięty zdumieniem tak wielkim, że aż dreszczem mnie przejęło. To, co miałem za majak wyobraźni, było rzeczywistością.