Przede mną poza murem okolnym, przeważnie z wapiennego calca na miejscu wyrąbanym, cmentarzysko głazów będących domami i domów w głaz już rozsypanych.

Piętrzyło się to wszystko na szczycie wzgórza, domostwa w skale wyrąbane i na powrót wiekiem w bezkształtną zamienione skałę, ulice wąskie, do kamienistych żlebów podobne, zielskiem zarosłe, wspinały się po bystrym stoku aż ku obszernej, zeschłą trawą i gruzem pokrytej platformie, ponad którą sterczała połową potwornego cielska, do rozsypującej się turni podobna, wieża dumnego niegdyś zamku panów des Baux.

Chmury pierzaste kłębiły się na błękitnym tle nieba; gnał je ponad ruinami rozszalały, chłodny mistral całym stadem ku słońcu, blado na świat patrzącemu.

Siadłem na jakimś kamieniu przydrożnym, nie spiesząc się z wejściem do miasta, jakby w mimowolnej obawie, że za zbliżeniem się zniknie jak pustynna zjawa, głaz jeno szczery i bezkształtny oczom pozostawiając. A przecież na tym łysym wzgórzu przede mną nie złuda była, lecz rzeczywistość — jeno od wszystkich złud fantastyczniejsza! Gród, co przez piętnaście wieków, od czasów Konstantyna, nazwanego Wielkim, rósł w świetność i chwałę, a od stu lat dopiero opuszczony, udzielność straciwszy, tak nagle w zupełną zamienił się ruinę, że zaledwie kilka rodzin pasterskich tuli się w nim ze swego trzodami; miasto, w żywej skale po większej części rąbane i niepożyte69 na pozór, co raźniej70 stało się gruzem, niż gdyby z gliny było wzniesione — siedziba sławnego w średniowieczu „cour d’amour71, dzisiaj pustką będąca najzupełniejszą...

A jakże tu rojno i hucznie ongi72 bywało, kiedy król Ludwik Święty73 na krzyżową ciągnął wyprawę i szło ku niemu prowansalskie rycerstwo, z panami des Baux na czele — ileż tu w ciągu roku kopii na turniejach skruszono, ile miłosnych wyśpiewano pieśni na cześć owych Alicji, Biankoflor, Uguet i Sybil, królowych miłości, sławnych po ziemi całej imieniem. — Na dworze panów udzielnych des Baux, spokrewnionych z królewskimi domami Francji, Anglii, Polski (1166)74, Sabaudii, Barcelony, z dynastią orańską, nasauską i brunszwicką, z najodleglejszych krajów ziemi przesławne gromadziło się rycerstwo, najpierwsi w świecie przebywali trubadurzy. Tu wdzięki słodkie pani Beranżery opiewał Gwilem Cabestan75, ze śmiertelnych najszczęśliwszy, bo od zazdrosnego męża w czas jakiś zabity, sercem własnym ukochaną nakarmił i w krew jej przeszedł gorącą — tu śpiewali o miłościach i bojach mistrzowie lutni a mowy prowansalskiej niezrównani, Piotr z Owernii, Rajmund Miraval, dzielny mieczem Roger z Arles i wielu, wielu innych, aż do pogrobowca wielkiego, Mistrala, sławiącego umarłą wielkość czasów przebrzmiałych.

Starą, stromą i krętą drogą wspinałem się ku bramie, wiatrom wszystkim dzisiaj wieczyście otwartej. Na lewo ratusik maleńki, pod sławną herbową gwiazdą panów des Baux, w późnym baroku odnowiony i mieszczący po dziś dzień biura urzędu gminnego, dalej nieco hotel, jedyny, do wiejskiej gospody raczej podobny — pod szumną nazwą Monte Carlo, snadź na pamiątkę Grimaldich, ostatnich po wygaśnięciu domu des Baux udzielnych władców grodu... Do niedawna pono ta gospoda mianowała się „A la cabeladuro d’or”, „Pod złotą kosą76”, jako że w czasie jej założenia na ruinach znaleziono właśnie w kościele św. Wincentego bujne, złociste runo włosów, pozostałość po jakiejś opiewanej może przez trubadurów księżniczce...

Patrzyłem na włosy te niedawno w Museon Arlaten, gdzie je jak świętość złożono — i teraz przypomniały mi się: przedziwna, pogrobowa zorza młodości, niegdyś tęsknota rozkochanych oczu i ust, dzisiaj skarb bezużyteczny, bezpański, przez czas w odlocie zgubiony.

Z niechęcią odwróciłem się od gospody, co nazwę swą na realniej złotą zamieniła... — Przede mną, ku prawej ręce, długa ulica wśród ruin. „Grand rue”77 — czytam, jak na urągowisko, na tablicy, przez urząd konserwatorski przybitej. Bruk pod nogami moimi stary, ułożony z kamieni okrągłych — trawa buja w szczelinach. Po obu stronach jak gdyby trupy domów, jakby nowe jakiej Pompei78, jeno w popiołach nie zachowane, lecz owszem wiatrom szerokim dane na pastwę...

Idąc, czuję chwilami, że bruk pod stopą zastępuje skała lita, z wnętrza góry na wierzch się dostająca, a wtedy i domy obok z tej rodzimej skały są wykute, tak że góra, droga i zwaliska jedną nierozdzielną tworzą całość.

Nade mną po szczytach ruin świszczał wiatr. Wpadał chwilami w wąską uliczkę, targał mnie za płaszcz jak duch lub z psotą złośliwą miotał mi w oczy ostrym pyłem, na który roztarł i skałę, i pałace. Ale całą siłą uderzył na mnie dopiero, gdym wypełznął z zaułka na obszerny, smutny, zeschłymi ziołami porosły wygon79, co niegdyś był świetnym placem zamkowym.